Zwątpiłam dziś...
Przyjaciólka mojej mamy. Prosta kobieta, z sercem na dłoni, głębokiej wiary, jedna z tych osób, które zawsze pomogą innym choćby same nic nie miały... Najpierw zostawił ją mąż, sama wychowywała swojego syna. Potem mężczyzna, z którym się związała zmarł na serce, nie odratowali go. Potem, zaczęli chorować jej rodzice, którymi ona zawsze chętnie się opiekuje przemieżając kilometry kiedy tylko może. A dziś dowiedziałam się, że jej jedyny syn nie żyje... Popełnił samobójstwo i osierocił swojego synka i zostawił żonę... Zaniemówiłam. Zadzwoniła do mnie w jakiejś prozaicznej sprawie, żebym sobie odebrała paczkę świąteczną dla mamy z zakładu pracy (że też jeszcze pamiętała, żeby mi dać znać), spytałam kiedy do niej mogę wpaść na chwilkę i wtedy powiedziała, że nie wie, bo nie ma głowy ostatnio bo jej syn nie żyje... Co powiedzieć osobie, która straciła kogoś bliskiego? Że mi przykro? Że współczuję? Że gdyby czegoś potrzebowała to niech da znać? To tylko słowa, nie ukoją bólu jaki ten ktoś teraz ma w sercu, i żadne słowa nie pomogą, nawet te wypowiadane jak najbardziej szczerze... Co powinno się zrobić lub powiedzieć, żeby przynieść komuś ulgę?
Nie znam przyczyny. Ale odkąd się dowiedziałam nie umiem dojść do siebie. Co musi się stać, żeby człowiek szarpnął się na życie? Jak zdesperowanym trzeba być? Co jest aż tak silne, że odbiera chęć do życia? Co powoduje człowiekiem, aby osierocić swoje dziecko? Czy to brak wsparcia bliskich, gdy przeżywa się jakieś problemy? Czy też jakiś wewnętrzny obłęd? Mówi się, że samobójcy nigdy nie mówią o tym, że chcą to zrobić, więc czy ktoś mógłby się spodziewać?
To co się stało to straszna tragedia, niezależnie od tego, co konkretnie za tym stoi. Okropnie mi żal tego chyba 12 czy 13-letniego chłopca, który zostanie bez taty dużo za wcześnie... Ale też przeokropnie żal mi tej biednej kobiety. Przeszła w swoim życiu już tak wiele, dawała z siebie wiele, żadko myśląc o sobie, zawsze o innych. I kolejny cios. Straciła swoje jedyne dziecko - mogę sobie tylko wyobrazić, ale to dla matki szczególna tragedia...
No i jak to jest? Gdzie jest sprawiedliwość na tym świecie? Jak ten dobry miłosierny Bóg może się godzić na to, by ojciec był aż tak zdesperowany, abo osierocić swojego syna. Jak może się godzić na codzienne tragedie, które się dzieją? Każe nam się modlić, ufać i podążać za nim, a pozwala by takie osoby, które się modlą, ufają i podążają cierpiały? Podczas gdy ci, którzy mają zasady moralności głęboko gdzieś odnoszą sukcesy, są bezkarni i mają się świetnie? Jak to jest? Czy potrzebna jest taka próba? Czy wciąż mamy tylko błagać i przepraszać i godzić się na niesprawiedliwy los? Przecież gdy jakiś człowiek zachowuje się wobec innych w taki sposób, że wymusza na nich ciągłe kajanie się, błaganie, przepraszanie i usługiwanie, to nie uważamy go za dobrego boga, tylko za tyrana bez serca ... Nie pojmuję, nie rozumiem już...
środa, 12 grudnia 2012
piątek, 23 listopada 2012
Nikt mnie nie widzi, nikt mnie nie słyszy...
Kiedy komuś wydaje się, że nikt go nie widzi, to może sobie pozwolić na zachowanie dalekie dworskiej etykiecie. Jakże niestety złudne jest to "wydaje się", i przez niestety mam na myśli, nie dla osoby popełniającej jakieś drobne "wykroczenie" dobrych manier, lecz dla tego, kto przez przypadek znalazł się w złym miejscu i miał "przyjemność" to oglądać.
Dwie historie. Obie dość obleśne.
Pierwsza. Siedzę sobie rano w pociągu, czekam aż ten odjedzie i zawiezie mnie do pracy, jednak pociąg na coś czeka i ma coraz większe opóźnienie. Pociąg znajduje się na peronie drugim i jest pełen ludzi (za chwile będzie to miało znaczenie). Na peronie pierwszym pustki, mój pociąg jest chyba jedyny w tej chwili na stacji. I gdy tak mój pociąg wciąż nie chce odjechać ze stacji, wyglądam sobie prze okno, patrzę na budynek dworca. No i zjawia się bohater. Idzie sobie taki jeden z jakimiś tobołami wzdłuż budynku dworca, gdzie nie ma żadnego peronu, jest tylko wąskie służbowe przejście. Idzie, idzie, zostawia siaty rozgląda się w prawo, w lewo, jeszcze raz. Teren czysty, sprawdził przecież, że nikogo nie ma, to znaczy tak mu się wydaje... No i co się dzieje? Człowiek ów ściąga spodnie, ściąga kalesonki, kuca i robi co natura mu podpowiada, że powinien zrobić po śniadaniu. Po czym, podnosi się, podciąga kalesonki, zapina spodnie, zabiera swoje siatki i udaje się w dalszą drogę. Widzę to wszystko z okna pociągu, tak jak pewnie nie jeden z licznych pasażerów. I choć to co przed chwilą się wydarzyło było dość obrzydliwe, nie mogłam przestać patrzeć bo moje oczy chyba nie chciały wierzyć, że to naprawdę się działo.
Druga. Praca, biuro, open space. Siedzę wraz z dziewięcioma innymi osobami przy podłużnej "wyspie" biurek z naszymi komputerami. Starszy kolego z mojego teamu, bohater drugiej historii, siedzi po ukosie po mojej lewej stronie i choćbym nie wiem co robiła to widzę go kątem oka. On jednak czuje się chyba zasłonięty monitorami komputerów i wydaje mu się, że nikt go nie widzi kiedy sobie tak siedzi i pracuje. Pech chce, że ciągle zapominam, żeby przynieść jakiegoś sporego kwiatka, żeby postawić na skrzyżowaniu naszych biurek. No ale właśnie. Pracuję sobie skoncentrowana na tym co robię, ale nagle kątem oka widzę coś, czego nigdy nie chciałam i nie powinnam zobaczyć i co bardzo mnie dekoncentruje. On sobie dłubie w nosie!!! Może i jest to tak niby "delikatnie, nie do końca", ale jednak. Aaaaaaa! Nie mogę się przecież odwrócić, ale może gdyby wiedział, że go widzę to by przestał, niech już przestanie! Delikatnie się odwracam, nie wiem czy wie, ale przynajmniej przestał. Niestety, nie dzieje się to tylko raz! Ta czynność powtarza się wielokrotnie, a ja mimo usilnych starań, żeby tego nie widzieć, nie umiem tego uniknąć! Koszmar. Teraz już zawsze widzę ten palec w nosie, jak go widzę.
No i tak sobie myślę, że to w gruncie rzeczy strasznie śmieszne. Każdy pewnie dopuszcza się różnych obrzydliwych czynności, w większości związanych z fizjologią, ale dobre wychowanie i kultura osobista zabraniają, aby to się działo przy innych. Często jednak potrzeba bierze górę, tak że nie kontrolujemy. Hmmm. I zapewne jest to też tak, że to tylko fizjologia staje się naszą zbrodnią kiedy nikt nie widzi i nikt nie słyszy. Myślę, że tak samo pozwalamy sobie na więcej, na odważniejsze zachowanie, brak skrępowania w relacjahc z innymi ludźmi, może obcymi, może nawet jakieś wyzudanie, większą szczerość, wulgaryzmy, może nawet chamstwo wobec innych... Ale skupiając się na tej nieszczęsnej fizjologii - zachowania naturalne i nieuniknione, a jednak kultura osobista nakłada nam ramy co wolno a co nie, co wypada a co nie. Ktoś powie, że to nam odbiera swobodę i pewnego rodzaju wolność osobistą, jednak dziś, kiedy jestem przyzwyczajona do tego, że to już od lat tak działa, nie umiem sobie wyobrazić gdybyśmy nagle mieli te więzy odrzucić i wyzwolić się od kajdan kultury osobistej. Teraz gdy jesteśmy, najczęściej nie chcąc, świadkami czyjegoś faux pas, jesteśmy zdegustowani i trochę skrępowani. A gdyby tak nagle stało się to normą, że można do woli i bez skrępowania, nie zważając na to czy ktoś nas widzi lub słyszy, bekać, dłubać w nosie, obgryzać paznokcie, puszczac bąki i nie wiadomo co jeszcze... Świat byłby wtedy nie do zniesienia ;P
Dwie historie. Obie dość obleśne.
Pierwsza. Siedzę sobie rano w pociągu, czekam aż ten odjedzie i zawiezie mnie do pracy, jednak pociąg na coś czeka i ma coraz większe opóźnienie. Pociąg znajduje się na peronie drugim i jest pełen ludzi (za chwile będzie to miało znaczenie). Na peronie pierwszym pustki, mój pociąg jest chyba jedyny w tej chwili na stacji. I gdy tak mój pociąg wciąż nie chce odjechać ze stacji, wyglądam sobie prze okno, patrzę na budynek dworca. No i zjawia się bohater. Idzie sobie taki jeden z jakimiś tobołami wzdłuż budynku dworca, gdzie nie ma żadnego peronu, jest tylko wąskie służbowe przejście. Idzie, idzie, zostawia siaty rozgląda się w prawo, w lewo, jeszcze raz. Teren czysty, sprawdził przecież, że nikogo nie ma, to znaczy tak mu się wydaje... No i co się dzieje? Człowiek ów ściąga spodnie, ściąga kalesonki, kuca i robi co natura mu podpowiada, że powinien zrobić po śniadaniu. Po czym, podnosi się, podciąga kalesonki, zapina spodnie, zabiera swoje siatki i udaje się w dalszą drogę. Widzę to wszystko z okna pociągu, tak jak pewnie nie jeden z licznych pasażerów. I choć to co przed chwilą się wydarzyło było dość obrzydliwe, nie mogłam przestać patrzeć bo moje oczy chyba nie chciały wierzyć, że to naprawdę się działo.
Druga. Praca, biuro, open space. Siedzę wraz z dziewięcioma innymi osobami przy podłużnej "wyspie" biurek z naszymi komputerami. Starszy kolego z mojego teamu, bohater drugiej historii, siedzi po ukosie po mojej lewej stronie i choćbym nie wiem co robiła to widzę go kątem oka. On jednak czuje się chyba zasłonięty monitorami komputerów i wydaje mu się, że nikt go nie widzi kiedy sobie tak siedzi i pracuje. Pech chce, że ciągle zapominam, żeby przynieść jakiegoś sporego kwiatka, żeby postawić na skrzyżowaniu naszych biurek. No ale właśnie. Pracuję sobie skoncentrowana na tym co robię, ale nagle kątem oka widzę coś, czego nigdy nie chciałam i nie powinnam zobaczyć i co bardzo mnie dekoncentruje. On sobie dłubie w nosie!!! Może i jest to tak niby "delikatnie, nie do końca", ale jednak. Aaaaaaa! Nie mogę się przecież odwrócić, ale może gdyby wiedział, że go widzę to by przestał, niech już przestanie! Delikatnie się odwracam, nie wiem czy wie, ale przynajmniej przestał. Niestety, nie dzieje się to tylko raz! Ta czynność powtarza się wielokrotnie, a ja mimo usilnych starań, żeby tego nie widzieć, nie umiem tego uniknąć! Koszmar. Teraz już zawsze widzę ten palec w nosie, jak go widzę.
No i tak sobie myślę, że to w gruncie rzeczy strasznie śmieszne. Każdy pewnie dopuszcza się różnych obrzydliwych czynności, w większości związanych z fizjologią, ale dobre wychowanie i kultura osobista zabraniają, aby to się działo przy innych. Często jednak potrzeba bierze górę, tak że nie kontrolujemy. Hmmm. I zapewne jest to też tak, że to tylko fizjologia staje się naszą zbrodnią kiedy nikt nie widzi i nikt nie słyszy. Myślę, że tak samo pozwalamy sobie na więcej, na odważniejsze zachowanie, brak skrępowania w relacjahc z innymi ludźmi, może obcymi, może nawet jakieś wyzudanie, większą szczerość, wulgaryzmy, może nawet chamstwo wobec innych... Ale skupiając się na tej nieszczęsnej fizjologii - zachowania naturalne i nieuniknione, a jednak kultura osobista nakłada nam ramy co wolno a co nie, co wypada a co nie. Ktoś powie, że to nam odbiera swobodę i pewnego rodzaju wolność osobistą, jednak dziś, kiedy jestem przyzwyczajona do tego, że to już od lat tak działa, nie umiem sobie wyobrazić gdybyśmy nagle mieli te więzy odrzucić i wyzwolić się od kajdan kultury osobistej. Teraz gdy jesteśmy, najczęściej nie chcąc, świadkami czyjegoś faux pas, jesteśmy zdegustowani i trochę skrępowani. A gdyby tak nagle stało się to normą, że można do woli i bez skrępowania, nie zważając na to czy ktoś nas widzi lub słyszy, bekać, dłubać w nosie, obgryzać paznokcie, puszczac bąki i nie wiadomo co jeszcze... Świat byłby wtedy nie do zniesienia ;P
sobota, 6 października 2012
;)
Dworzec w Katowicach. Peron pierwszy. Stoję i czekam, aż pociąg wjedzie na stację. Obok mnie stoi mała dziewczynka ze swoją mamą. Na wprost widok na trwającą budowę nowego dworca. Dźwig akurat przewozi (przenosi? przedźwiguje?) szyby gdzieś na dach powstającego budynku. Szyby suną w powietrzu. Dziewczynka do swojej mamy:
- A co to tak lata?
Mama dobiera słowa i ton głosu specjalnie dla małej:
- Wiesz, bo tu budują nowy dworzec.
- A czemu?
- No bo stary był już bardzo stary i trochę się zepsuł.
- Miał dziurę?
:-)
- A co to tak lata?
Mama dobiera słowa i ton głosu specjalnie dla małej:
- Wiesz, bo tu budują nowy dworzec.
- A czemu?
- No bo stary był już bardzo stary i trochę się zepsuł.
- Miał dziurę?
:-)
środa, 15 sierpnia 2012
o szczęściu...
"Dzięki nieszczęściu i strachowi twoje życie nabiera rumieńców. Budzisz się z życiowej drzemki. Koniec z półgwizdkami, wygaszaczami ekranu, dryfowaniem na automatycznym pilocie. Ludzie syci zapadają po jakimś czasie w sen. Zadowolenie wywołuje nudę, to jedna z paskudnych tajemnic życia. Natomiast złamane serce czy niepewny wynik badania krwi pompują nam do organizmu starą, dobrą adrenalinę i poczucie winy. Nagle czujemy się wspaniale! Żyjemy na sto procent. Człowiek czuje, że żyje dopiero wtedy, gdy się zakocha albo przewróci na chodniku."
Jonathan Carroll "Zakochany duch"
Powrót do Jonathana Carrolla. W późnej podstawówce i liceum, mniej więcej, przeczytałam wszystko co do tamtej pory Carroll napisał. Zaczęłam od Krainy Chichów i wciągnęłam się bez reszty. Teraz, po paru ładnych latach, muszę jednak stwierdzić, że pomimo tego, że wtedy tę twórczość uwielbiałam, to niewiele pamiętam z tych książek i chyba żadnej historii nie potrafiłabym streścić w pełni. Wiele motywów powtarzało się w tych powieściach i chyba ich mocno surrealistyczne wydarzenia sprawiły, że teraz nie potrafiłabym powiedzieć co działo się w tej czy tamtej książce. Hmm, chyba najwięcej pamiętam z Krainy Chichów właśnie. Ale niedawno sięgnęłam po książkę, na którą wtedy "nie załapałam się" i kilka dni temu skończyłam czytać Zakochanego ducha. Historia trochę o tożsamości, o odkrywaniu siebie, i o tym, czego pragniemy, o naszych strachach i upiorach, które w nas tkwią a których nie jesteśmy świadomi, o skomplikowaniu człowieka i skomplikowanych przez niego relacjach, o przypadku, o woli życia i poczuciu szczęścia. Główny bohater miał umrzeć w wypadku, lecz na skutek błędu systemu sterującego życiem i śmiercią nie umiera. Jednak wtedy zaczynają się dziać rzeczy niespodziewane, niesamowite i nie podlegające kontroli. I tak czytając kolejne strony tej niesłychanej opowieści, coraz bardziej uświadamiałam sobie, że autor MA rację. Bo przecież jest tak, że myślimy, że gdy osiągniemy pewien założony przez siebie cel to już będziemy szczęśliwi. Tylko, że kiedy osiągamy cel wciąż nie jesteśmy szczęśliwi bo już pragniemy czegoś kolejnego. To oczywiście rozwijające i dające życiu sens, ale nigdy nie potrafimy docenić tego co mamy i na co pracujemy i do czego dążymy. Nigdy nie doceniamy chwili czy ludzi wokół aż nagle coś stracimy lub odebrane nam jest poczucie bezpieczeństwa. Potrzebna jest nam trauma, żeby żyć pełnią życia, żeby się cieszyć w pełni, żeby wspominać to co minęło z rozrzewnieniem jednocześnie uświadamiając sobie, że to co mieliśmy było szczęściem właśnie. Być może podświadomie jednak nie dążymy do poczucia szczęścia lecz nieszczęścia? I właśnie strata czegoś cennego, lub kogoś bliskiego musi nam dopiero uświadomić co jest tak naprawdę ważne? To smutne, że nie umiemy sobie tego uzmysłowić wcześniej, bo można by wykorzystać dany nam czas lepiej, mocniej, pełniej, barwniej, intensywniej. Kochać, przeżywać, chłonąć, smakować, walczyć o siebie, mówić otwarcie o pragnieniach... A w nas samych trwa niekończąca się walka ścierających się naszych wcieleń: strachu, złoci, bezkompromisowej miłości, nostalgii, szaleństwa... w różnych sytuacjach inna cecha wygrywa, i nie zawsze jesteśmy w stanie nad tym panować... Obłęd? Może... Może nie... A może zatrzymać się tak w jakiejś szczęśliwej chwili na zawsze? ...
piątek, 13 lipca 2012
na skraju świata
Wakacje, wakacje... moje mam już za sobą... niestety, bo szybko minęły, ale za to miałam okazję być w jednym z najpiękniejszych miejsc jakie kryje nasz glob.
Stoję na szczycie urwiska, mogę podziwiać cudowne widoki z każdej strony - morze, klify, skałki, cudowne małe miasteczko żyjące własnym tempem, gdzie łowi się kraby i mieszka w domkach z bajek. Wiatr burzy mi włosy, przede mną tylko jeden krok dzieli mnie od przepaści, słońce odbija się w morzu, zamykam oczy, czuję wiatr na policzkach i zapach morza. Otwieram oczy i zachowuje tę panoramę na zawsze w pamięci.
Stoję na szczycie urwiska, mogę podziwiać cudowne widoki z każdej strony - morze, klify, skałki, cudowne małe miasteczko żyjące własnym tempem, gdzie łowi się kraby i mieszka w domkach z bajek. Wiatr burzy mi włosy, przede mną tylko jeden krok dzieli mnie od przepaści, słońce odbija się w morzu, zamykam oczy, czuję wiatr na policzkach i zapach morza. Otwieram oczy i zachowuje tę panoramę na zawsze w pamięci.
Historii pociągowych ciąg dalszy...
Siedzę w pociągu - a to niespodzianka! Czekam aż pociąg odjedzie wreszcie z nieszczęsnych Katowic i zabierze mnie do domu, w końcu przyjechał spóźniony a teraz jeszcze na coś czeka... No na co czeka?!
Na przeciwko mnie siedzi młoda dziewczyna z małym chłopcem, lat około 7, może 8. Chłopiec wygląda przez okno i przygląda się temu co obecnie dzieje się na dworcu w stolicy Śląska... (a dzieje się, dzieje, dworzec się zmienia, jedno się burzy, powstaje nowe, hałas, kucie, dźwigi, cement, kurz i gruz). I wtedy z ust chłopca pada pytanie, które sprawia, że mimowolnie się uśmiecham
- Czemu dworce są takie ... brzydkie?
Dobre pytanie mały człowieku, właśnie czemu?
I kolejny raz dziecięca szczerość rulezzz :)
Na przeciwko mnie siedzi młoda dziewczyna z małym chłopcem, lat około 7, może 8. Chłopiec wygląda przez okno i przygląda się temu co obecnie dzieje się na dworcu w stolicy Śląska... (a dzieje się, dzieje, dworzec się zmienia, jedno się burzy, powstaje nowe, hałas, kucie, dźwigi, cement, kurz i gruz). I wtedy z ust chłopca pada pytanie, które sprawia, że mimowolnie się uśmiecham
- Czemu dworce są takie ... brzydkie?
Dobre pytanie mały człowieku, właśnie czemu?
I kolejny raz dziecięca szczerość rulezzz :)
piątek, 15 czerwca 2012
Dziecieca fascynacja
Scenka z dworca.
Przez hol dworcowy idzie babcia z wnuczka, na oko lat 3. Przed nimi drepcze sobie golab. Babcia do wnuczki przybierajac ton glosu, jaki to tylko babcie i ciocie przybieraja mowiac do malych dzieci:
- Zobacz! A tu przed nami idzie sobie ptaszek. Ptaszek jest? Zoooobacz ...
Dziewczynka caly czas patrzy na niego z zachwytem, oczy jak piec zlotych. Nagle ptak zrywa sie do lotu, a dziewczynka pada w okrzyk takim radosnym glosikiem, jak to z kolei tylko dzieci potrafia:
- To jest orzel!!!!!
:)
Przez hol dworcowy idzie babcia z wnuczka, na oko lat 3. Przed nimi drepcze sobie golab. Babcia do wnuczki przybierajac ton glosu, jaki to tylko babcie i ciocie przybieraja mowiac do malych dzieci:
- Zobacz! A tu przed nami idzie sobie ptaszek. Ptaszek jest? Zoooobacz ...
Dziewczynka caly czas patrzy na niego z zachwytem, oczy jak piec zlotych. Nagle ptak zrywa sie do lotu, a dziewczynka pada w okrzyk takim radosnym glosikiem, jak to z kolei tylko dzieci potrafia:
- To jest orzel!!!!!
:)
środa, 13 czerwca 2012
igrzyska zycia i smierci
"- Szykujecie się no nowej wojny? - pytam Plutarcha.
- Och, nie teraz. Obecnie przechodzimy ten uroczy etap, kiedy to wszyscy są zgodni, że nie wolno już nigdy dopuścić do tego, żeby powtórzyły się niedawne okropności -wyjaśnia. - Ogół jednak dość szybko zaczyna się różnić opiniami. Jesteśmy kapryśnymi, głupimi istotami o marnej pamięci i wielkim talencie do samozniszczenia. Ale kto wie? Może to właśnie to, Katniss."
Suzanne Collins "Kosogłos"
Skończyłam dziś książkę. Ostatnią z trylogii Suzanne Collins, zaczynającą się "Igrzyskami śmierci", poprzez "W pierścieniu ognia" a na "Kosogłosie" kończąc. Czytając ostatnie strony nie rozpłakałam się tylko dlatego, ze jechałam pociągiem, wiec głupio tak beczeć przy ludziach, ale oczka zaszklone i smutne... Smutne, bo historia ściskająca serce, przerażająca, fascynująca, pełna niespodzianek i na dodatek niestety się już kończy. Od pierwszej części polubiłam Katniss Everdeen, tę młodą dziewczynę o odważnym sercu i sile charakteru, która ratując innych poświęca siebie a przy okazji, chyba trochę przypadkiem daje sile innym, aby przeciwstawić się okrutnemu światu. Światu, który rządzony jest przez prezydenta dyktatora, który aby utrzymać władzę i dusić wszelkie protesty ciemięży mieszkańców państwa Panem, a coroczne igrzyska - podczas których niewinni nastolatkowie zmuszeni są do wzajemnego zabijania się, aby samemu przeżyć, na dodatek zorganizowane z wielką pompą jako coś zupełnie wyjątkowego i godnego zaszczytu oraz transmitowane na żywo jako reality show w publicznej telewizji - to sposób, na zastraszenie ludzi a jednoczesne utrzymanie obłudy, że to o dobro ludzi chodzi. Nie ma wolności w tym świecie. I w tym wszystkim Katniss, dziewczyna, która igra z ogniem, to ona staje się inspiracją i nadzieją na lepsze życie. Wraz z nią stanęłam do walki, leczyłam rany, załamywałam się i nie poddawałam, przeżywałam jej dylematy (może czasem własne) i szukałam sensu i pocieszenia nucąc pieśń kosogłosa...
Książki wciągające niesamowicie, bo i historia dość niezwykła, krwawa, tragiczna, smutna, pełna zaskakujących momentów. Wciąż czekałam co będzie dalej i jak się potoczą dalej losy bohaterki i jej bliskich i czy uda im się wyrwać z tego błędnego koła.
Jednak to, co podobało mi się w tej historii bardzo to jest to, ze prowokuje do przemyśleń. Jak wygląda dzisiejszy świat? Czyż nie jesteśmy wystawieni na arenę w reality show? Przecież ostatnio telewizje opanowały reality shows. Może czasem nawet sami się tam pchamy? Lubimy podglądać innych ludzi, a sami wystawiać swoje życie na widok publiczny. Czyż nie prowadzimy wojen, z pozorów w dobrych celach lecz tak naprawdę głownie dla własnych korzyści? I nie tylko tych wojen z żołnierzami i spadającymi bombami, ale także tych codziennych. W pracy. W szkole. W domu. Na ulicy. Prowokujemy, zabijamy się słowami i wrogim nastawieniem do innych. Czy nie zapominamy o wartościach, za które wspólnie walczymy i o tym co jednoczy ludzi, gdy tylko mamy większa od reszty władze i możliwości? Czy dla wspólnych celów nie szukamy przyjaciół wśród wrogów zapewniając obłudnie, ze odtąd wszelkie spory się tym samym zakończą, tylko osiągniemy ten czy inny cel, a po wszystkim już nie pamiętamy o pięknych słowach i znów zaczynamy walczyć za sobą? Takie niestety jest życie i tacy niestety są ludzie... Lecz jest tez nadzieja, że na tym świecie są wartościowi ludzie gotowi poświęcić się ideałom, nie poddający się i nie za przestający dążenia do celu mimo przeciwności losu. Pewnie walka jest wpisana w nasz krew, tak samo jak pewnie chęć bycia podziwianym przez innych ludzi, bycia na świeczniku, bycia dla kogoś idolem. Ale tez chyba potrzeba buntu przeciwko niesprawiedliwości, odwaga i siła przetrwania, a to wszystko jeszcze może coś zmienić...
niedziela, 10 czerwca 2012
Klient nasz pan ...
Bo to zawsze jest tak, ze jak człowiek nie moze sie czegos doczekac to wiatr mu w oczy bardziej wieje i w ogole ... Wracamy z przyjaciolmi z koncertu z Warszawy. Wyjechalismy z miasta w srodku nocy, przed nami dluga droga, a my jestesmy zmeczeni i glodni. Najprostsze rozwiazanie? McDonald's. Jak na zlosc wszystkie, ktore mijamy po drodze sa juz zamkniete, w koncu jest 3 w nocy. Jedziemy dalej, szyld z golden arches, juz sie cieszymy, zjezdzamy z trasy i ... znow zamkniete... Ale jest! Wreszcie, za 9 km bedzie czynny 24h na dobe McDrive! Uratowani! Zblizamy sie, okazuje sie, ze cel jest po drugiej stronie trasy, a pasy dziela barierki, wiec zawrocic trzeba kawalek dalej, no ale podjezdzamy, parkujemy samochod, bo chcemy rozprostowac kosci, jest dobrze, w srodku sie swieci, ktos sie tam krzata z obslugi, co prawda zamknieta restauracja, ale podejdziemy sobie zamowic do okienka McDrive i zjemy przy stolikach na dworze. Idziemy wiec dookola, bo okienko jest z tylu budynku, zartujemy siebie, ze podjezdzamy niewidzialnym samochodem, a Patryk prowadzi, udajac samochod. Wyglada to komicznie, wiec wybuchamy smiechem. Wybieramy co chcemy z wystawionego menu, ale nikt sie nie zglasza, zeby odebrac nasze zamowienie (mimo, ze napis wyraznie mowi "Tu zloz zamowienie";P) Dolacza do nas mlody chlopak, tez wyszedl ze swojego samochodu i zrobil to co my, pyta nas czy czynne. Mowimy, ze teoretycznie tak, ale nikt sie nie zglasza. Znow zartujemy, ze pewnie jest tam specjalny czujnik na samochod, albo trzeba zatrabic, to wtedy ktos sie zglosi. No ale idziemy do nastepnego okienka, gdzie teoretycznie sie placi - nikogo. Idziemy dalej do okienka, gdzie sie zamowienie odbiera - tez nikogo. Wracamy do poprzedniego, pukamy w szybke, zauwazyla nas jakas pani i powiedziala, zebysmy podeszli do nastepnego okienka, a ona juz podejdzie. No to super, zaraz sobie zjemy :) Na dworze troche chlodno, w koncu jest nad ranem, ale zaczyna sie robic coraz jasniej, ladne chmurki, przez ktore dyskretnie przekrada sie slonce ... Pani podchodzi, my kulturalnie przepuszczamy w kolejce tego chlopaka - nas jest czworka, wiec zajmie to dluzej. Chlopak zamawia, my zamawiamy, kazdy po kolei. Czekamy, odchodzimy troszeczke na bok. Teraz juz nam troche zimno. W miedzyczasie podjezdzaja dwa samochody pod okienko. Czekamy, minuty leca, jakos naprawde dziwnie dlugo na to wszystko, zartujemy, ze przynajmniej wszystko swiezutkie nam zrobia, skoro tyle czekamy juz. Chlopak tez czeka obok. Juz widzimy, ze zamowienia sa przygotowywane, pani pakuje kanapki do firmowej torby i ... jakze duze jest nasze zdziwienie, kiedy nie dostaje ich ani chlopak, ktory zamowil pierwszy, ani zadne z nas, tylko kierowca samochodu, ktory podjechal z miedzyczasie. Chorem wolamy w oburzeniu "Ejjjjjj!" Samochod odjezdza, od razu podjezdza nastepny z kolejki, kierowca sklada zamowienie, pani z okienka gdzies sobie idzie, pewnie po jakis produkt z zamowienia. Wraca, ale znow swojego zamowienia nie otrzymujemy my, ani ow chlopak, ale kierowca drugiego samochodu! Jako, ze juz naprawde dlugo czekalismy, jestesmy glodni i zmeczeni, teraz jeszcze nam zimno, to miedzy soba krytykujemy glosno ta cala sytuacje, takze "obslugujaca" nas pani na pewno slyszy, mimo, ze znow po cos odeszla. Kiedy zbliza sie do okienka pytam jej wprost dlaczego tamci panstwo zostali obsluzeni wczesniej niz my, przeciez zlozylismy zamowienie duzo wczesniej. Kobieta patrzy na mnie, chwilka konsternacji na jej twarzy, odpowiada "Bo Ci Panstwo byli samochodem" Mowimy, ze przeciez, tez podjechalismy samochodem, tylko wysiedlismy (niby jak sie mielibysmy tam inaczej znalezc, w koncu dookola nic nie ma oprocz drogi i lasu). To wszystko oczywiscie byloby zrozumiale w dzien, kiedy czynny jest caly lokal, wiec byloby to bardzo logiczne, ale w nocy, kiedy nawet okienko McDrive'a jest nieczynne to naprawde nie ma znaczenia czy zamowienie skladamy z samochodu, czy tez po wyjsciu z niego! Chlopak mowi, ze on na swoim samochodzie ma jakis tuzin innych. Pani udaje, ze nie slyszy naszych komentarzy. No nic. Wydaje nam to, co zamowilismy. Chlopak przed nami upomina sie o swoja cole. Niewzruszona pani odpowiada mu, ze "tak, w jego zamowieniu brakuje napoju", chlopak pyta wiec, czy wsrod stojacych na ladzie napoi jest jeden dla niego, na co krzatajaca sie gdzies w oddaleniu kobieta odpowiada, ze tak, ale w ogole jej nie spieszno, zeby podac. W koncu dostajemy to na co czekamy. Siadamy przy ogrodkowych stolikach. Jemy. Cudownie. Zartujemy, ze dziwna ta obsluga, czy ta kobieta nie wiedziala, ze podjechalismy samochodem? Przeciez Patryk prowadzil ...
Widzimy jak odjezdza chlopak, ktory zamawial przed nami - prowadzi duza lawete (czy jak sie to tam fachowo zwie? Ciagnik? ;P) z tuzinem nowych samochodow ... Wsiadamy do samochodu, zeby wyjechac z powrotem na trase musimy zatoczyc koleczko, przejezdzamy wiec pod okienkiem McDrive'a. machamy przemilej pani ... Usmiechamy sie, ona jakos ma kwasna mine ...
;)
Widzimy jak odjezdza chlopak, ktory zamawial przed nami - prowadzi duza lawete (czy jak sie to tam fachowo zwie? Ciagnik? ;P) z tuzinem nowych samochodow ... Wsiadamy do samochodu, zeby wyjechac z powrotem na trase musimy zatoczyc koleczko, przejezdzamy wiec pod okienkiem McDrive'a. machamy przemilej pani ... Usmiechamy sie, ona jakos ma kwasna mine ...
;)
piątek, 1 czerwca 2012
byc dzieckiem, dzieckiem byc
Jakby czasem cudownie bylo cofnac sie jeszcze choc na chwilke do czasow beztroskiego dziecinstwa... Problemy - a i owszem byly ogromne, bo tez i rzeczy i swiat wydawaly sie ogromne. Ale jednak jak cudnie byloby wrocic do czasow, kiedy mialo sie dlugie wakacje, caly dzien biegalo po podworku, zdzieralo kolana, wracalo do domu umorusanym w blocie, kiedy mam zostawala w domu kiedy bylismy chorzy, kiedy tato zabieral nas na sanki, kiedy babcia spiewala nam kolysanke, kiedy przebieralo sie w sukienki mamy, kiedy dostawalo sie uwagi za gadanie na lekcjach, kiedy mialo sie niekonczaca sie energie, kiedy rodzice zabraniali ogladac strasznych filmow, kiedy wymyslalo sie nieistniejacy tajny jezyk do porozumiewania sie w sprawach scisle tajnych z przyjaciolkami, kiedy niewazne bylo w co sie jest ubranym, kiedy wykradalo sie z internatu z kolegami w czasie letniej ulewy, zeby pobiegac w deszczu, kiedy kreatywnosc w wymyslaniu niebezpiecznych zabaw byla niewyczerpana (i cale szczescie, ze niektorzy nie odkryli wszystkich naszych szalonych zabaw ;P), kiedy ktos zawsze przytulil kiedy bylo nam smutno, kiedy przyjaciele mieli czas, kiedy bilo sie ze starsza siostra, kiedy mozna bylo robic fikolki na trzepaku, kiedy mowilo sie wprost co myslimy nie zdajac sobie sprawy, ze moze nie wypada, kiedy tak niewiele potrzeba bylo, zeby czuc sie bezpiecznie i szczesliwie...
Z cyklu "ludzie nie przestaja mnie fascynowac" ;)
Jazda pociagiem jest wszystkim po trochu. Bywa meczaca, czasem nudna, wyczerpujaca, ale tez fascynujaca i odkrywcza. To taka skompresowana dawka wszystkiego: wyczekiwania, irytacji, szczescia, walki o swoje, poszukiwan, obserwacji, pomylek, wstydu, kontroli... szczypta wszystkiego...
Jak bylam mala to uwielbialam jezdzic pociagami. Jezdzilismy wtedy czesto nocnym pociagiem przez jakies 5 czy 6 godzin do moich wujkow, albo nad morze, to juz z 10 godzin. Zabieralam wtedy do swojej torebki ulubione misie, zeby mogly jechac ze mna w podroz, a wieksza czesc drogi podziwialam z okna w korytarzu, wychylona prze szybe i wystawiajaca twarz i dlonie na wiatr od pedzacego pociagu... Wtedy swiat pociagow i dworcow wydawal mi sie piekny i fascynujacy, pelen ciekawych miejsc, ludzi i nowych wrazen... Do tej milosci pociagowej dochodzil jeszcze taki szczegol, praktyczny dosc, jako, ze to byl jedyny srodek lokomocji, w ktorym nie cierpialam na chorobe lokomocyjna (i kazda podroz smierdzacym autokarem, a nawet rodzinnym samochodem byla dla mnie koszmarem).
W kazdym razie, ostatnio znow niejako musialam polubic podroze koleja, teraz juz wygodniejszymi pociagami i znacznie krotszymi trasami, jednak wciaz dostarczajacych ciekawych wrazen. Tym razem, bardziej zwiazanych z obserwacja roznych ludzkich zachowan, typow osobowosci, sposobow bycia i nieraz bardzo nietypowych sytuacji... a moze typowych? Przytocze ostania historie, ktora przydarzyla sie mi i moim znajomym na dworcu, kiedy to juz wysiedlismy z pociagu, i skierowalismy swoje kroki dworcowym korytarzem w strone pracy. Idziemy, rozmawiamy, a nagle podchodzi do nas obcy czlowiek i pyta czy nie mamy chwilki, zeby mu pomoc cos sprawdzic. Pytamy wiec o co chodzi, a ow mezczyzna odpowiada, ze chcialby, zebysmy mu pomogli, bo szuka pracy a obok jest kafejka internetowa, a on nie wie jak i gdzie szukac. Odpowiadamy wiec, ze idziemy do pracy, wiec na szukanie pracy nie bardzo mamy czas, na co Pan, ze to zajmie tylko 5 minut, a on chcialby znalezc prace w Niemczech. Juz troszke skonsternowani taka wypowiedzia, wyjasniamy, ze w 5 minut to chyba ciezko znalezc prace, tym bardziej w Niemczech, jednak chcac byc choc odrobine pomocni radzilimy, ze mozemy polecic jakas strone internetowa z ofertami polskimi, na co odpowiedz pada nastepujaca: "Nie, nie, w Polsce to mnie w ogole nie interesuje". Ok, mozna to zrozumiec. Ostatecznie jeszcze chwile podebatowalismy z Panem, ktory wyjasnial, ze chce pracowac w Niemczech, ale nie moglismy mu pomoc, no i poszlismy do pracy. Historia dziwna dosc, w koncu kto zaczepia obcych ludzi na dworcu, zeby pomogli mu znalezc prace w obcym kraju, przez internet, w 5 minut... Brzmialo to wszystko jakby naprawde myslal, ze prace w Niemczech znajdzie w tak krotkim czasie i za chwile kupi bilet na pociag i pojedzie gdzie mu kaza... Czy naprawde myslal, ze to takie proste? Czy naprawde nie mial nikogo innego, zeby nie musiec pytac obcych ludzi na dworcu? Czy tak bardzo byl zdesperowany? No i jak w koncu potoczyla sie ta histora dalej? Czy pytal innych, zeby mu pomogli, a moze znalazl cos i rzeczywiscie los popchnal go do pociagu za zachodnia granice? Bylo to juz jakies 3 tygodnie temu, ale czasem sobie przypominam o tym czlowieku i sie zastanawiam czy powinnam mu wspolczuc czy tez moze zazdroscic takiej hmmmm nieswiadomosci i nawet moze odwagi? I ilu jeszcze takich troszke zdezorientowanych ludzi? Coz, tu akurat mysle, ze sporo :) Na to zawsze mam moje ulubione zdanie, ze ludzie wciaz nie przestaja mnie zadziwiac/zaskakiwac/fascynowac (niepotrzebne skreslic) i to jest piekne...
Jak bylam mala to uwielbialam jezdzic pociagami. Jezdzilismy wtedy czesto nocnym pociagiem przez jakies 5 czy 6 godzin do moich wujkow, albo nad morze, to juz z 10 godzin. Zabieralam wtedy do swojej torebki ulubione misie, zeby mogly jechac ze mna w podroz, a wieksza czesc drogi podziwialam z okna w korytarzu, wychylona prze szybe i wystawiajaca twarz i dlonie na wiatr od pedzacego pociagu... Wtedy swiat pociagow i dworcow wydawal mi sie piekny i fascynujacy, pelen ciekawych miejsc, ludzi i nowych wrazen... Do tej milosci pociagowej dochodzil jeszcze taki szczegol, praktyczny dosc, jako, ze to byl jedyny srodek lokomocji, w ktorym nie cierpialam na chorobe lokomocyjna (i kazda podroz smierdzacym autokarem, a nawet rodzinnym samochodem byla dla mnie koszmarem).
W kazdym razie, ostatnio znow niejako musialam polubic podroze koleja, teraz juz wygodniejszymi pociagami i znacznie krotszymi trasami, jednak wciaz dostarczajacych ciekawych wrazen. Tym razem, bardziej zwiazanych z obserwacja roznych ludzkich zachowan, typow osobowosci, sposobow bycia i nieraz bardzo nietypowych sytuacji... a moze typowych? Przytocze ostania historie, ktora przydarzyla sie mi i moim znajomym na dworcu, kiedy to juz wysiedlismy z pociagu, i skierowalismy swoje kroki dworcowym korytarzem w strone pracy. Idziemy, rozmawiamy, a nagle podchodzi do nas obcy czlowiek i pyta czy nie mamy chwilki, zeby mu pomoc cos sprawdzic. Pytamy wiec o co chodzi, a ow mezczyzna odpowiada, ze chcialby, zebysmy mu pomogli, bo szuka pracy a obok jest kafejka internetowa, a on nie wie jak i gdzie szukac. Odpowiadamy wiec, ze idziemy do pracy, wiec na szukanie pracy nie bardzo mamy czas, na co Pan, ze to zajmie tylko 5 minut, a on chcialby znalezc prace w Niemczech. Juz troszke skonsternowani taka wypowiedzia, wyjasniamy, ze w 5 minut to chyba ciezko znalezc prace, tym bardziej w Niemczech, jednak chcac byc choc odrobine pomocni radzilimy, ze mozemy polecic jakas strone internetowa z ofertami polskimi, na co odpowiedz pada nastepujaca: "Nie, nie, w Polsce to mnie w ogole nie interesuje". Ok, mozna to zrozumiec. Ostatecznie jeszcze chwile podebatowalismy z Panem, ktory wyjasnial, ze chce pracowac w Niemczech, ale nie moglismy mu pomoc, no i poszlismy do pracy. Historia dziwna dosc, w koncu kto zaczepia obcych ludzi na dworcu, zeby pomogli mu znalezc prace w obcym kraju, przez internet, w 5 minut... Brzmialo to wszystko jakby naprawde myslal, ze prace w Niemczech znajdzie w tak krotkim czasie i za chwile kupi bilet na pociag i pojedzie gdzie mu kaza... Czy naprawde myslal, ze to takie proste? Czy naprawde nie mial nikogo innego, zeby nie musiec pytac obcych ludzi na dworcu? Czy tak bardzo byl zdesperowany? No i jak w koncu potoczyla sie ta histora dalej? Czy pytal innych, zeby mu pomogli, a moze znalazl cos i rzeczywiscie los popchnal go do pociagu za zachodnia granice? Bylo to juz jakies 3 tygodnie temu, ale czasem sobie przypominam o tym czlowieku i sie zastanawiam czy powinnam mu wspolczuc czy tez moze zazdroscic takiej hmmmm nieswiadomosci i nawet moze odwagi? I ilu jeszcze takich troszke zdezorientowanych ludzi? Coz, tu akurat mysle, ze sporo :) Na to zawsze mam moje ulubione zdanie, ze ludzie wciaz nie przestaja mnie zadziwiac/zaskakiwac/fascynowac (niepotrzebne skreslic) i to jest piekne...
niedziela, 8 kwietnia 2012
a w Krakowie...
wcale nie pada deszcz ... Wielka sobota - normalnie od rana zajelabym sie porzadkami, ozdabianiem pisanek, swieceniem koszyczka itp itd. Ale dzis, czyli w sobote Wielkanocna przywialo mnie do Krakowa zamiast do kuchennego krzatania. Gdy wychodzilam z domu na pociag bylo szaro, zimno, wial wiatr, a gdy moj pociag dojezdzal do miasta Kraka pojawialo sie coraz wiecej slonca. Wysiadlam na dworcu milo zaskoczona jak cudowna jest pogoda, jak cieplo i slonecznie, i JAK PIEKNIE!!!!! Ah, przejsc przez Florianska i potem przez rynek w to sobotnie poludnie to wspaniale uczucie. Ludzie zmierzajacy na spotkanie ze znajomymi, siedzacy w kawiarniach, idacy calymi rodzinami na swiecenie koszyczkow wielkanocnych do Kosciola Mariackiego, a na rynku straganiki, kramiki, uciecha dla turystow. Jednak tu wszystko wygladalo inaczej, moze i mniej swiatecznie, sama nie wiem, lecz podobal mi sie ten tlum radosnych ludzi, ktorzy cieszyli sie piekna pogoda w pieknym miescie w piekny sposob zamiast stac przy garach lub pucowac podloge. I znow po raz setny albo tysieczny poczulam chec, zeby to miasto stalo sie moim domem, i zebym te male uliczki, kawiarenki, galerie sztuki, artystow na ulicach, teatry miala w zasiegu reki kazdego dnia... Marzenie ...
wtorek, 27 marca 2012
Eksperyment ...
Całkiem udany nieskromnie mówiąc :-) Bo czasem na eksperymenty najdzie mnie ochota, zupełnie nie wiadomo skąd :)
No to tak:
Rucola - 3-4 garście
Pomidorki - 3 sztuki w kosteczkę
Kurczak - grillowana pierś pokrojona w kosteczkę
Ziarna słonecznika - przyprażone na patelni
Żurawina suszona
Kiełki
A do tego odrobina oliwy z oliwek oraz troszkę octu balsamicznego zmiksowane razem
Wszystko razem wymieszać i zajadać :)
Wiosennie i pysznie i zdrowo
poniedziałek, 19 marca 2012
Pstryk
Lekko zakurzony...Jak się go otwiera?...Zakładamy film na ząbki aparatu...Najpierw parametry...ASA?ISO?...Światło...Czas naświetlania...Ostrość...Kadr - tu nie ma tylu powtórek.... I pstryk...
Podobno aparaty kradną duszę a jednak analogi są magiczne. Film ma tylko 36 klatek więc inaczej niż w cyfrowych aparatach szkoda klatek na nieudane ujęcia. W ten piękny, pierwszy tak wiosenny, ciepły i słoneczny weekend wyjęłam starą przedpotopową wręcz lustrzankę Zenit mojego taty i wybraliśmy się z D w poszukiwaniu wiosny, ciekawych miejskich zakamarków (głównie zniszczonych obskurnych kamienic ;P) i ujęć. Dwie klisze wypstrykane, czy coś z tego wyjdzie? Na efekty trzeba poczekać do wywołania filmu :) Z jednej strony szkoda, że efektów nie można od razu zobaczyć na wyświetlaczu, z drugiej to całkiem fascynujące...
czwartek, 15 marca 2012
La pirouette
Najpierw o książce... Nie lubię kończyć czytać książek...Nie dlatego, że czytać nie lubię albo, że porzucam książki zaczęte i niedokończone... Nie lubię kończyć, bo gdy jakaś książka mi się podoba i czytam kartkę za kartką przenosząc się w świat, czas, miejsca i wśród ludzi, których losy zaczynają mnie fascynować i być mi bliskie, to ciężko się rozstać docierając do ostatnich stronic... Nieraz będąc już przy końcowych rozdziałach często odwlekam moment powrotu do kolejnych stron po to tylko by jeszcze trochę móc porozmyślać co będzie dalej, co się stanie i odciągnąć w czasie chwilę rozstania z czytaną historią i powrotu książki na półkę... Oczywiście nie da się odwlec tego na długi czas :) ciekawość męczy :) Tak było troszkę i w wypadku tej książki: "Tancerka Degasa" Kathryn Wagner. Nie wiem teraz, bo nie mogę być tu całkowicie obiektywna, czy książka, którą właśnie skończyłam czytać urzekła mnie tak po prostu, czy też urzekła mnie dlatego, że była o tańcu (a ten temat zawsze jest bliski memu sercu). Pewnie jedno i drugie! Jednak, w tej mej subiektywnej ocenie (bo też jakie inne mogą oceny być) mogę stwierdzić, że to niezwykła historia. Opowieść o tańcu, o niezwykle ciężkim losie, o walce o własne marzenia, o sztuce baletu z zupełnie innej, nieznanej szerszemu spektrum, ciemnej strony, o wielkim talencie, o wielkim artyście. Historia przeniosła mnie w czasy powstawania nurtu impresjonizmu, do pięknego Paryża, kiedy życie i ludzie byli inni niż teraz. I choć czasy te są niezwykle fascynujące jeśli chodzi o sztukę samą w sobie a dzieła i artyści (nie tylko malarze przecież) zapisali się na wieczność w historii, to jednak kryją w sobie mroczne tajemnice. Zwłaszcza mój ukochany balet... Teraz jak o tym pomyślę to rzeczywiście mogło tak być jak to opisywała Kathryn Wagner, jednak dla tancerek pragnących spełnić swe artystyczne ambicje cena jaką miały do zapłacenia za ich realizację była ogromna... Portret Degas, który wyłania się z opowieści też jest dość hmmmm... frapujący. Z jednej strony ogromny talent, "piękny umysł", zmysł obserwacji, z drugiej strony człowiek pełen lęków, kruchy i zraniony... A może każdy artysta musi być trochę zraniony, żeby tworzyć wielkie dzieła? Może każdy wielki umysł lub talent dany jest za cenę szczęścia osobistego? Może w wielkość zawsze wpisana jest jakaś tragedia? Takie rzeczy obserwuję teraz - wystarczy spojrzeć na niektórych artystów naszych czasów a można zobaczyć jak łatwo jest się im pogubić... No ale wracając do powieści to byłam szczęśliwa czytając o tańcu, przenosząc się na scenę, wręcz słysząc muzykę graną przez orkiestrę, czując zapach w kulisach opery, czując lekkie napięcie towarzyszące momentowi tuż przed wyjściem na scenę i wyobrażając sobie reakcje widowni - tej paryskiej, za schyłku dziewiętnastego wieku :)
Dziękuję za piękny prezent :)
Dziękuję za piękny prezent :)
poniedziałek, 12 marca 2012
Powiew nowego...
Pierwszy wpis... Powolutku zbliża się wiosna a mnie już natchnęła, żeby zrobić coś nowego, przy okazji kreatywnego, bardziej niż codzienna praca ;-) A przy tym, żeby podzielić się z kimś tym nowym czymś (nawet jeśli tylko sama ze sobą). I żeby przy tym wszystkim się trochę sprawdzić no i dobrze się bawić. I stąd pomysł na ten blog. Hmmm, mój pierwszy raz... zobaczymy co z tego wyjdzie. Jednak, o czym tu będę pisać? Trochę o sobie, o tym, co kocham, o tym, co mnie kręci, co mnie irytuje, o podróżach - tych odbytych i tych palcem na mapie, o eksperymentach kulinarnych, o książkach, filmach, muzyce, fotografii, tańcu, kotach, przyjaciołach, sztuce, życiu, o zmaganiach ze sobą i dawaniu innym, o dziwnych snach, o ciekawych ludziach, przeżyciach, smutkach i radościach... Trochę o niczym i trochę o wszystkim. Dziennik Bridget Jones :P Taki o to sobie początek :-)
Wyczekując wiosny, którą kocham najbardziej ze wszystkich pór roku, i za którą tęsknię już bardzo bardzo - kilka fotek wiosennych :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





