środa, 15 sierpnia 2012

o szczęściu...

"Dzięki nieszczęściu i strachowi twoje życie nabiera rumieńców. Budzisz się z życiowej drzemki. Koniec z półgwizdkami, wygaszaczami ekranu, dryfowaniem na automatycznym pilocie. Ludzie syci zapadają po jakimś czasie w sen. Zadowolenie wywołuje nudę, to jedna z paskudnych tajemnic życia. Natomiast złamane serce czy niepewny wynik badania krwi pompują nam do organizmu starą, dobrą adrenalinę i poczucie winy. Nagle czujemy się wspaniale! Żyjemy na sto procent. Człowiek czuje, że żyje dopiero wtedy, gdy się zakocha albo przewróci na chodniku." 

Jonathan Carroll "Zakochany duch"

Powrót do Jonathana Carrolla. W późnej podstawówce i liceum, mniej więcej, przeczytałam wszystko co do tamtej pory Carroll napisał. Zaczęłam od Krainy Chichów i wciągnęłam się bez reszty. Teraz, po paru ładnych latach, muszę jednak stwierdzić, że pomimo tego, że wtedy tę twórczość uwielbiałam, to niewiele pamiętam z tych książek i chyba żadnej historii nie potrafiłabym streścić w pełni. Wiele motywów powtarzało się w tych powieściach i chyba ich mocno surrealistyczne wydarzenia sprawiły, że teraz nie potrafiłabym powiedzieć co działo się w tej czy tamtej książce. Hmm, chyba najwięcej pamiętam z Krainy Chichów właśnie. Ale niedawno sięgnęłam po książkę, na którą wtedy "nie załapałam się" i kilka dni temu skończyłam czytać Zakochanego ducha. Historia trochę o tożsamości, o odkrywaniu siebie, i o tym, czego pragniemy, o naszych strachach i upiorach, które w nas tkwią a których nie jesteśmy świadomi, o skomplikowaniu człowieka i skomplikowanych przez niego relacjach, o przypadku, o woli życia i poczuciu szczęścia. Główny bohater miał umrzeć w wypadku, lecz na skutek błędu systemu sterującego życiem i śmiercią nie umiera. Jednak wtedy zaczynają się dziać rzeczy niespodziewane, niesamowite i nie podlegające kontroli. I tak czytając kolejne strony tej niesłychanej opowieści, coraz bardziej uświadamiałam sobie, że autor MA rację. Bo przecież jest tak, że myślimy, że gdy osiągniemy pewien założony przez siebie cel to już będziemy szczęśliwi. Tylko, że kiedy osiągamy cel wciąż nie jesteśmy szczęśliwi bo już pragniemy czegoś kolejnego. To oczywiście rozwijające i dające życiu sens, ale nigdy nie potrafimy docenić tego co mamy i na co pracujemy i do czego dążymy. Nigdy nie doceniamy chwili czy ludzi wokół aż nagle coś stracimy lub odebrane nam jest poczucie bezpieczeństwa. Potrzebna jest nam trauma, żeby żyć pełnią życia, żeby się cieszyć w pełni, żeby wspominać to co minęło z rozrzewnieniem jednocześnie uświadamiając sobie, że to co mieliśmy było szczęściem właśnie. Być może podświadomie jednak nie dążymy do poczucia szczęścia  lecz nieszczęścia? I właśnie strata czegoś cennego, lub kogoś bliskiego musi nam dopiero uświadomić co jest tak naprawdę ważne? To smutne, że nie umiemy sobie tego uzmysłowić wcześniej, bo można by wykorzystać dany nam czas lepiej, mocniej, pełniej, barwniej, intensywniej. Kochać, przeżywać, chłonąć, smakować, walczyć o siebie, mówić otwarcie o pragnieniach... A w nas samych trwa niekończąca się walka ścierających się naszych wcieleń: strachu, złoci, bezkompromisowej miłości, nostalgii, szaleństwa... w różnych sytuacjach inna cecha wygrywa, i nie zawsze jesteśmy w stanie nad tym panować... Obłęd? Może... Może nie... A może zatrzymać się tak w jakiejś szczęśliwej chwili na zawsze? ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz