Zwątpiłam dziś...
Przyjaciólka mojej mamy. Prosta kobieta, z sercem na dłoni, głębokiej wiary, jedna z tych osób, które zawsze pomogą innym choćby same nic nie miały... Najpierw zostawił ją mąż, sama wychowywała swojego syna. Potem mężczyzna, z którym się związała zmarł na serce, nie odratowali go. Potem, zaczęli chorować jej rodzice, którymi ona zawsze chętnie się opiekuje przemieżając kilometry kiedy tylko może. A dziś dowiedziałam się, że jej jedyny syn nie żyje... Popełnił samobójstwo i osierocił swojego synka i zostawił żonę... Zaniemówiłam. Zadzwoniła do mnie w jakiejś prozaicznej sprawie, żebym sobie odebrała paczkę świąteczną dla mamy z zakładu pracy (że też jeszcze pamiętała, żeby mi dać znać), spytałam kiedy do niej mogę wpaść na chwilkę i wtedy powiedziała, że nie wie, bo nie ma głowy ostatnio bo jej syn nie żyje... Co powiedzieć osobie, która straciła kogoś bliskiego? Że mi przykro? Że współczuję? Że gdyby czegoś potrzebowała to niech da znać? To tylko słowa, nie ukoją bólu jaki ten ktoś teraz ma w sercu, i żadne słowa nie pomogą, nawet te wypowiadane jak najbardziej szczerze... Co powinno się zrobić lub powiedzieć, żeby przynieść komuś ulgę?
Nie znam przyczyny. Ale odkąd się dowiedziałam nie umiem dojść do siebie. Co musi się stać, żeby człowiek szarpnął się na życie? Jak zdesperowanym trzeba być? Co jest aż tak silne, że odbiera chęć do życia? Co powoduje człowiekiem, aby osierocić swoje dziecko? Czy to brak wsparcia bliskich, gdy przeżywa się jakieś problemy? Czy też jakiś wewnętrzny obłęd? Mówi się, że samobójcy nigdy nie mówią o tym, że chcą to zrobić, więc czy ktoś mógłby się spodziewać?
To co się stało to straszna tragedia, niezależnie od tego, co konkretnie za tym stoi. Okropnie mi żal tego chyba 12 czy 13-letniego chłopca, który zostanie bez taty dużo za wcześnie... Ale też przeokropnie żal mi tej biednej kobiety. Przeszła w swoim życiu już tak wiele, dawała z siebie wiele, żadko myśląc o sobie, zawsze o innych. I kolejny cios. Straciła swoje jedyne dziecko - mogę sobie tylko wyobrazić, ale to dla matki szczególna tragedia...
No i jak to jest? Gdzie jest sprawiedliwość na tym świecie? Jak ten dobry miłosierny Bóg może się godzić na to, by ojciec był aż tak zdesperowany, abo osierocić swojego syna. Jak może się godzić na codzienne tragedie, które się dzieją? Każe nam się modlić, ufać i podążać za nim, a pozwala by takie osoby, które się modlą, ufają i podążają cierpiały? Podczas gdy ci, którzy mają zasady moralności głęboko gdzieś odnoszą sukcesy, są bezkarni i mają się świetnie? Jak to jest? Czy potrzebna jest taka próba? Czy wciąż mamy tylko błagać i przepraszać i godzić się na niesprawiedliwy los? Przecież gdy jakiś człowiek zachowuje się wobec innych w taki sposób, że wymusza na nich ciągłe kajanie się, błaganie, przepraszanie i usługiwanie, to nie uważamy go za dobrego boga, tylko za tyrana bez serca ... Nie pojmuję, nie rozumiem już...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz