Najpierw o książce... Nie lubię kończyć czytać książek...Nie dlatego, że czytać nie lubię albo, że porzucam książki zaczęte i niedokończone... Nie lubię kończyć, bo gdy jakaś książka mi się podoba i czytam kartkę za kartką przenosząc się w świat, czas, miejsca i wśród ludzi, których losy zaczynają mnie fascynować i być mi bliskie, to ciężko się rozstać docierając do ostatnich stronic... Nieraz będąc już przy końcowych rozdziałach często odwlekam moment powrotu do kolejnych stron po to tylko by jeszcze trochę móc porozmyślać co będzie dalej, co się stanie i odciągnąć w czasie chwilę rozstania z czytaną historią i powrotu książki na półkę... Oczywiście nie da się odwlec tego na długi czas :) ciekawość męczy :) Tak było troszkę i w wypadku tej książki: "Tancerka Degasa" Kathryn Wagner. Nie wiem teraz, bo nie mogę być tu całkowicie obiektywna, czy książka, którą właśnie skończyłam czytać urzekła mnie tak po prostu, czy też urzekła mnie dlatego, że była o tańcu (a ten temat zawsze jest bliski memu sercu). Pewnie jedno i drugie! Jednak, w tej mej subiektywnej ocenie (bo też jakie inne mogą oceny być) mogę stwierdzić, że to niezwykła historia. Opowieść o tańcu, o niezwykle ciężkim losie, o walce o własne marzenia, o sztuce baletu z zupełnie innej, nieznanej szerszemu spektrum, ciemnej strony, o wielkim talencie, o wielkim artyście. Historia przeniosła mnie w czasy powstawania nurtu impresjonizmu, do pięknego Paryża, kiedy życie i ludzie byli inni niż teraz. I choć czasy te są niezwykle fascynujące jeśli chodzi o sztukę samą w sobie a dzieła i artyści (nie tylko malarze przecież) zapisali się na wieczność w historii, to jednak kryją w sobie mroczne tajemnice. Zwłaszcza mój ukochany balet... Teraz jak o tym pomyślę to rzeczywiście mogło tak być jak to opisywała Kathryn Wagner, jednak dla tancerek pragnących spełnić swe artystyczne ambicje cena jaką miały do zapłacenia za ich realizację była ogromna... Portret Degas, który wyłania się z opowieści też jest dość hmmmm... frapujący. Z jednej strony ogromny talent, "piękny umysł", zmysł obserwacji, z drugiej strony człowiek pełen lęków, kruchy i zraniony... A może każdy artysta musi być trochę zraniony, żeby tworzyć wielkie dzieła? Może każdy wielki umysł lub talent dany jest za cenę szczęścia osobistego? Może w wielkość zawsze wpisana jest jakaś tragedia? Takie rzeczy obserwuję teraz - wystarczy spojrzeć na niektórych artystów naszych czasów a można zobaczyć jak łatwo jest się im pogubić... No ale wracając do powieści to byłam szczęśliwa czytając o tańcu, przenosząc się na scenę, wręcz słysząc muzykę graną przez orkiestrę, czując zapach w kulisach opery, czując lekkie napięcie towarzyszące momentowi tuż przed wyjściem na scenę i wyobrażając sobie reakcje widowni - tej paryskiej, za schyłku dziewiętnastego wieku :)
Dziękuję za piękny prezent :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz