Scenka z dworca.
Przez hol dworcowy idzie babcia z wnuczka, na oko lat 3. Przed nimi drepcze sobie golab. Babcia do wnuczki przybierajac ton glosu, jaki to tylko babcie i ciocie przybieraja mowiac do malych dzieci:
- Zobacz! A tu przed nami idzie sobie ptaszek. Ptaszek jest? Zoooobacz ...
Dziewczynka caly czas patrzy na niego z zachwytem, oczy jak piec zlotych. Nagle ptak zrywa sie do lotu, a dziewczynka pada w okrzyk takim radosnym glosikiem, jak to z kolei tylko dzieci potrafia:
- To jest orzel!!!!!
:)
piątek, 15 czerwca 2012
środa, 13 czerwca 2012
igrzyska zycia i smierci
"- Szykujecie się no nowej wojny? - pytam Plutarcha.
- Och, nie teraz. Obecnie przechodzimy ten uroczy etap, kiedy to wszyscy są zgodni, że nie wolno już nigdy dopuścić do tego, żeby powtórzyły się niedawne okropności -wyjaśnia. - Ogół jednak dość szybko zaczyna się różnić opiniami. Jesteśmy kapryśnymi, głupimi istotami o marnej pamięci i wielkim talencie do samozniszczenia. Ale kto wie? Może to właśnie to, Katniss."
Suzanne Collins "Kosogłos"
Skończyłam dziś książkę. Ostatnią z trylogii Suzanne Collins, zaczynającą się "Igrzyskami śmierci", poprzez "W pierścieniu ognia" a na "Kosogłosie" kończąc. Czytając ostatnie strony nie rozpłakałam się tylko dlatego, ze jechałam pociągiem, wiec głupio tak beczeć przy ludziach, ale oczka zaszklone i smutne... Smutne, bo historia ściskająca serce, przerażająca, fascynująca, pełna niespodzianek i na dodatek niestety się już kończy. Od pierwszej części polubiłam Katniss Everdeen, tę młodą dziewczynę o odważnym sercu i sile charakteru, która ratując innych poświęca siebie a przy okazji, chyba trochę przypadkiem daje sile innym, aby przeciwstawić się okrutnemu światu. Światu, który rządzony jest przez prezydenta dyktatora, który aby utrzymać władzę i dusić wszelkie protesty ciemięży mieszkańców państwa Panem, a coroczne igrzyska - podczas których niewinni nastolatkowie zmuszeni są do wzajemnego zabijania się, aby samemu przeżyć, na dodatek zorganizowane z wielką pompą jako coś zupełnie wyjątkowego i godnego zaszczytu oraz transmitowane na żywo jako reality show w publicznej telewizji - to sposób, na zastraszenie ludzi a jednoczesne utrzymanie obłudy, że to o dobro ludzi chodzi. Nie ma wolności w tym świecie. I w tym wszystkim Katniss, dziewczyna, która igra z ogniem, to ona staje się inspiracją i nadzieją na lepsze życie. Wraz z nią stanęłam do walki, leczyłam rany, załamywałam się i nie poddawałam, przeżywałam jej dylematy (może czasem własne) i szukałam sensu i pocieszenia nucąc pieśń kosogłosa...
Książki wciągające niesamowicie, bo i historia dość niezwykła, krwawa, tragiczna, smutna, pełna zaskakujących momentów. Wciąż czekałam co będzie dalej i jak się potoczą dalej losy bohaterki i jej bliskich i czy uda im się wyrwać z tego błędnego koła.
Jednak to, co podobało mi się w tej historii bardzo to jest to, ze prowokuje do przemyśleń. Jak wygląda dzisiejszy świat? Czyż nie jesteśmy wystawieni na arenę w reality show? Przecież ostatnio telewizje opanowały reality shows. Może czasem nawet sami się tam pchamy? Lubimy podglądać innych ludzi, a sami wystawiać swoje życie na widok publiczny. Czyż nie prowadzimy wojen, z pozorów w dobrych celach lecz tak naprawdę głownie dla własnych korzyści? I nie tylko tych wojen z żołnierzami i spadającymi bombami, ale także tych codziennych. W pracy. W szkole. W domu. Na ulicy. Prowokujemy, zabijamy się słowami i wrogim nastawieniem do innych. Czy nie zapominamy o wartościach, za które wspólnie walczymy i o tym co jednoczy ludzi, gdy tylko mamy większa od reszty władze i możliwości? Czy dla wspólnych celów nie szukamy przyjaciół wśród wrogów zapewniając obłudnie, ze odtąd wszelkie spory się tym samym zakończą, tylko osiągniemy ten czy inny cel, a po wszystkim już nie pamiętamy o pięknych słowach i znów zaczynamy walczyć za sobą? Takie niestety jest życie i tacy niestety są ludzie... Lecz jest tez nadzieja, że na tym świecie są wartościowi ludzie gotowi poświęcić się ideałom, nie poddający się i nie za przestający dążenia do celu mimo przeciwności losu. Pewnie walka jest wpisana w nasz krew, tak samo jak pewnie chęć bycia podziwianym przez innych ludzi, bycia na świeczniku, bycia dla kogoś idolem. Ale tez chyba potrzeba buntu przeciwko niesprawiedliwości, odwaga i siła przetrwania, a to wszystko jeszcze może coś zmienić...
niedziela, 10 czerwca 2012
Klient nasz pan ...
Bo to zawsze jest tak, ze jak człowiek nie moze sie czegos doczekac to wiatr mu w oczy bardziej wieje i w ogole ... Wracamy z przyjaciolmi z koncertu z Warszawy. Wyjechalismy z miasta w srodku nocy, przed nami dluga droga, a my jestesmy zmeczeni i glodni. Najprostsze rozwiazanie? McDonald's. Jak na zlosc wszystkie, ktore mijamy po drodze sa juz zamkniete, w koncu jest 3 w nocy. Jedziemy dalej, szyld z golden arches, juz sie cieszymy, zjezdzamy z trasy i ... znow zamkniete... Ale jest! Wreszcie, za 9 km bedzie czynny 24h na dobe McDrive! Uratowani! Zblizamy sie, okazuje sie, ze cel jest po drugiej stronie trasy, a pasy dziela barierki, wiec zawrocic trzeba kawalek dalej, no ale podjezdzamy, parkujemy samochod, bo chcemy rozprostowac kosci, jest dobrze, w srodku sie swieci, ktos sie tam krzata z obslugi, co prawda zamknieta restauracja, ale podejdziemy sobie zamowic do okienka McDrive i zjemy przy stolikach na dworze. Idziemy wiec dookola, bo okienko jest z tylu budynku, zartujemy siebie, ze podjezdzamy niewidzialnym samochodem, a Patryk prowadzi, udajac samochod. Wyglada to komicznie, wiec wybuchamy smiechem. Wybieramy co chcemy z wystawionego menu, ale nikt sie nie zglasza, zeby odebrac nasze zamowienie (mimo, ze napis wyraznie mowi "Tu zloz zamowienie";P) Dolacza do nas mlody chlopak, tez wyszedl ze swojego samochodu i zrobil to co my, pyta nas czy czynne. Mowimy, ze teoretycznie tak, ale nikt sie nie zglasza. Znow zartujemy, ze pewnie jest tam specjalny czujnik na samochod, albo trzeba zatrabic, to wtedy ktos sie zglosi. No ale idziemy do nastepnego okienka, gdzie teoretycznie sie placi - nikogo. Idziemy dalej do okienka, gdzie sie zamowienie odbiera - tez nikogo. Wracamy do poprzedniego, pukamy w szybke, zauwazyla nas jakas pani i powiedziala, zebysmy podeszli do nastepnego okienka, a ona juz podejdzie. No to super, zaraz sobie zjemy :) Na dworze troche chlodno, w koncu jest nad ranem, ale zaczyna sie robic coraz jasniej, ladne chmurki, przez ktore dyskretnie przekrada sie slonce ... Pani podchodzi, my kulturalnie przepuszczamy w kolejce tego chlopaka - nas jest czworka, wiec zajmie to dluzej. Chlopak zamawia, my zamawiamy, kazdy po kolei. Czekamy, odchodzimy troszeczke na bok. Teraz juz nam troche zimno. W miedzyczasie podjezdzaja dwa samochody pod okienko. Czekamy, minuty leca, jakos naprawde dziwnie dlugo na to wszystko, zartujemy, ze przynajmniej wszystko swiezutkie nam zrobia, skoro tyle czekamy juz. Chlopak tez czeka obok. Juz widzimy, ze zamowienia sa przygotowywane, pani pakuje kanapki do firmowej torby i ... jakze duze jest nasze zdziwienie, kiedy nie dostaje ich ani chlopak, ktory zamowil pierwszy, ani zadne z nas, tylko kierowca samochodu, ktory podjechal z miedzyczasie. Chorem wolamy w oburzeniu "Ejjjjjj!" Samochod odjezdza, od razu podjezdza nastepny z kolejki, kierowca sklada zamowienie, pani z okienka gdzies sobie idzie, pewnie po jakis produkt z zamowienia. Wraca, ale znow swojego zamowienia nie otrzymujemy my, ani ow chlopak, ale kierowca drugiego samochodu! Jako, ze juz naprawde dlugo czekalismy, jestesmy glodni i zmeczeni, teraz jeszcze nam zimno, to miedzy soba krytykujemy glosno ta cala sytuacje, takze "obslugujaca" nas pani na pewno slyszy, mimo, ze znow po cos odeszla. Kiedy zbliza sie do okienka pytam jej wprost dlaczego tamci panstwo zostali obsluzeni wczesniej niz my, przeciez zlozylismy zamowienie duzo wczesniej. Kobieta patrzy na mnie, chwilka konsternacji na jej twarzy, odpowiada "Bo Ci Panstwo byli samochodem" Mowimy, ze przeciez, tez podjechalismy samochodem, tylko wysiedlismy (niby jak sie mielibysmy tam inaczej znalezc, w koncu dookola nic nie ma oprocz drogi i lasu). To wszystko oczywiscie byloby zrozumiale w dzien, kiedy czynny jest caly lokal, wiec byloby to bardzo logiczne, ale w nocy, kiedy nawet okienko McDrive'a jest nieczynne to naprawde nie ma znaczenia czy zamowienie skladamy z samochodu, czy tez po wyjsciu z niego! Chlopak mowi, ze on na swoim samochodzie ma jakis tuzin innych. Pani udaje, ze nie slyszy naszych komentarzy. No nic. Wydaje nam to, co zamowilismy. Chlopak przed nami upomina sie o swoja cole. Niewzruszona pani odpowiada mu, ze "tak, w jego zamowieniu brakuje napoju", chlopak pyta wiec, czy wsrod stojacych na ladzie napoi jest jeden dla niego, na co krzatajaca sie gdzies w oddaleniu kobieta odpowiada, ze tak, ale w ogole jej nie spieszno, zeby podac. W koncu dostajemy to na co czekamy. Siadamy przy ogrodkowych stolikach. Jemy. Cudownie. Zartujemy, ze dziwna ta obsluga, czy ta kobieta nie wiedziala, ze podjechalismy samochodem? Przeciez Patryk prowadzil ...
Widzimy jak odjezdza chlopak, ktory zamawial przed nami - prowadzi duza lawete (czy jak sie to tam fachowo zwie? Ciagnik? ;P) z tuzinem nowych samochodow ... Wsiadamy do samochodu, zeby wyjechac z powrotem na trase musimy zatoczyc koleczko, przejezdzamy wiec pod okienkiem McDrive'a. machamy przemilej pani ... Usmiechamy sie, ona jakos ma kwasna mine ...
;)
Widzimy jak odjezdza chlopak, ktory zamawial przed nami - prowadzi duza lawete (czy jak sie to tam fachowo zwie? Ciagnik? ;P) z tuzinem nowych samochodow ... Wsiadamy do samochodu, zeby wyjechac z powrotem na trase musimy zatoczyc koleczko, przejezdzamy wiec pod okienkiem McDrive'a. machamy przemilej pani ... Usmiechamy sie, ona jakos ma kwasna mine ...
;)
piątek, 1 czerwca 2012
byc dzieckiem, dzieckiem byc
Jakby czasem cudownie bylo cofnac sie jeszcze choc na chwilke do czasow beztroskiego dziecinstwa... Problemy - a i owszem byly ogromne, bo tez i rzeczy i swiat wydawaly sie ogromne. Ale jednak jak cudnie byloby wrocic do czasow, kiedy mialo sie dlugie wakacje, caly dzien biegalo po podworku, zdzieralo kolana, wracalo do domu umorusanym w blocie, kiedy mam zostawala w domu kiedy bylismy chorzy, kiedy tato zabieral nas na sanki, kiedy babcia spiewala nam kolysanke, kiedy przebieralo sie w sukienki mamy, kiedy dostawalo sie uwagi za gadanie na lekcjach, kiedy mialo sie niekonczaca sie energie, kiedy rodzice zabraniali ogladac strasznych filmow, kiedy wymyslalo sie nieistniejacy tajny jezyk do porozumiewania sie w sprawach scisle tajnych z przyjaciolkami, kiedy niewazne bylo w co sie jest ubranym, kiedy wykradalo sie z internatu z kolegami w czasie letniej ulewy, zeby pobiegac w deszczu, kiedy kreatywnosc w wymyslaniu niebezpiecznych zabaw byla niewyczerpana (i cale szczescie, ze niektorzy nie odkryli wszystkich naszych szalonych zabaw ;P), kiedy ktos zawsze przytulil kiedy bylo nam smutno, kiedy przyjaciele mieli czas, kiedy bilo sie ze starsza siostra, kiedy mozna bylo robic fikolki na trzepaku, kiedy mowilo sie wprost co myslimy nie zdajac sobie sprawy, ze moze nie wypada, kiedy tak niewiele potrzeba bylo, zeby czuc sie bezpiecznie i szczesliwie...
Z cyklu "ludzie nie przestaja mnie fascynowac" ;)
Jazda pociagiem jest wszystkim po trochu. Bywa meczaca, czasem nudna, wyczerpujaca, ale tez fascynujaca i odkrywcza. To taka skompresowana dawka wszystkiego: wyczekiwania, irytacji, szczescia, walki o swoje, poszukiwan, obserwacji, pomylek, wstydu, kontroli... szczypta wszystkiego...
Jak bylam mala to uwielbialam jezdzic pociagami. Jezdzilismy wtedy czesto nocnym pociagiem przez jakies 5 czy 6 godzin do moich wujkow, albo nad morze, to juz z 10 godzin. Zabieralam wtedy do swojej torebki ulubione misie, zeby mogly jechac ze mna w podroz, a wieksza czesc drogi podziwialam z okna w korytarzu, wychylona prze szybe i wystawiajaca twarz i dlonie na wiatr od pedzacego pociagu... Wtedy swiat pociagow i dworcow wydawal mi sie piekny i fascynujacy, pelen ciekawych miejsc, ludzi i nowych wrazen... Do tej milosci pociagowej dochodzil jeszcze taki szczegol, praktyczny dosc, jako, ze to byl jedyny srodek lokomocji, w ktorym nie cierpialam na chorobe lokomocyjna (i kazda podroz smierdzacym autokarem, a nawet rodzinnym samochodem byla dla mnie koszmarem).
W kazdym razie, ostatnio znow niejako musialam polubic podroze koleja, teraz juz wygodniejszymi pociagami i znacznie krotszymi trasami, jednak wciaz dostarczajacych ciekawych wrazen. Tym razem, bardziej zwiazanych z obserwacja roznych ludzkich zachowan, typow osobowosci, sposobow bycia i nieraz bardzo nietypowych sytuacji... a moze typowych? Przytocze ostania historie, ktora przydarzyla sie mi i moim znajomym na dworcu, kiedy to juz wysiedlismy z pociagu, i skierowalismy swoje kroki dworcowym korytarzem w strone pracy. Idziemy, rozmawiamy, a nagle podchodzi do nas obcy czlowiek i pyta czy nie mamy chwilki, zeby mu pomoc cos sprawdzic. Pytamy wiec o co chodzi, a ow mezczyzna odpowiada, ze chcialby, zebysmy mu pomogli, bo szuka pracy a obok jest kafejka internetowa, a on nie wie jak i gdzie szukac. Odpowiadamy wiec, ze idziemy do pracy, wiec na szukanie pracy nie bardzo mamy czas, na co Pan, ze to zajmie tylko 5 minut, a on chcialby znalezc prace w Niemczech. Juz troszke skonsternowani taka wypowiedzia, wyjasniamy, ze w 5 minut to chyba ciezko znalezc prace, tym bardziej w Niemczech, jednak chcac byc choc odrobine pomocni radzilimy, ze mozemy polecic jakas strone internetowa z ofertami polskimi, na co odpowiedz pada nastepujaca: "Nie, nie, w Polsce to mnie w ogole nie interesuje". Ok, mozna to zrozumiec. Ostatecznie jeszcze chwile podebatowalismy z Panem, ktory wyjasnial, ze chce pracowac w Niemczech, ale nie moglismy mu pomoc, no i poszlismy do pracy. Historia dziwna dosc, w koncu kto zaczepia obcych ludzi na dworcu, zeby pomogli mu znalezc prace w obcym kraju, przez internet, w 5 minut... Brzmialo to wszystko jakby naprawde myslal, ze prace w Niemczech znajdzie w tak krotkim czasie i za chwile kupi bilet na pociag i pojedzie gdzie mu kaza... Czy naprawde myslal, ze to takie proste? Czy naprawde nie mial nikogo innego, zeby nie musiec pytac obcych ludzi na dworcu? Czy tak bardzo byl zdesperowany? No i jak w koncu potoczyla sie ta histora dalej? Czy pytal innych, zeby mu pomogli, a moze znalazl cos i rzeczywiscie los popchnal go do pociagu za zachodnia granice? Bylo to juz jakies 3 tygodnie temu, ale czasem sobie przypominam o tym czlowieku i sie zastanawiam czy powinnam mu wspolczuc czy tez moze zazdroscic takiej hmmmm nieswiadomosci i nawet moze odwagi? I ilu jeszcze takich troszke zdezorientowanych ludzi? Coz, tu akurat mysle, ze sporo :) Na to zawsze mam moje ulubione zdanie, ze ludzie wciaz nie przestaja mnie zadziwiac/zaskakiwac/fascynowac (niepotrzebne skreslic) i to jest piekne...
Jak bylam mala to uwielbialam jezdzic pociagami. Jezdzilismy wtedy czesto nocnym pociagiem przez jakies 5 czy 6 godzin do moich wujkow, albo nad morze, to juz z 10 godzin. Zabieralam wtedy do swojej torebki ulubione misie, zeby mogly jechac ze mna w podroz, a wieksza czesc drogi podziwialam z okna w korytarzu, wychylona prze szybe i wystawiajaca twarz i dlonie na wiatr od pedzacego pociagu... Wtedy swiat pociagow i dworcow wydawal mi sie piekny i fascynujacy, pelen ciekawych miejsc, ludzi i nowych wrazen... Do tej milosci pociagowej dochodzil jeszcze taki szczegol, praktyczny dosc, jako, ze to byl jedyny srodek lokomocji, w ktorym nie cierpialam na chorobe lokomocyjna (i kazda podroz smierdzacym autokarem, a nawet rodzinnym samochodem byla dla mnie koszmarem).
W kazdym razie, ostatnio znow niejako musialam polubic podroze koleja, teraz juz wygodniejszymi pociagami i znacznie krotszymi trasami, jednak wciaz dostarczajacych ciekawych wrazen. Tym razem, bardziej zwiazanych z obserwacja roznych ludzkich zachowan, typow osobowosci, sposobow bycia i nieraz bardzo nietypowych sytuacji... a moze typowych? Przytocze ostania historie, ktora przydarzyla sie mi i moim znajomym na dworcu, kiedy to juz wysiedlismy z pociagu, i skierowalismy swoje kroki dworcowym korytarzem w strone pracy. Idziemy, rozmawiamy, a nagle podchodzi do nas obcy czlowiek i pyta czy nie mamy chwilki, zeby mu pomoc cos sprawdzic. Pytamy wiec o co chodzi, a ow mezczyzna odpowiada, ze chcialby, zebysmy mu pomogli, bo szuka pracy a obok jest kafejka internetowa, a on nie wie jak i gdzie szukac. Odpowiadamy wiec, ze idziemy do pracy, wiec na szukanie pracy nie bardzo mamy czas, na co Pan, ze to zajmie tylko 5 minut, a on chcialby znalezc prace w Niemczech. Juz troszke skonsternowani taka wypowiedzia, wyjasniamy, ze w 5 minut to chyba ciezko znalezc prace, tym bardziej w Niemczech, jednak chcac byc choc odrobine pomocni radzilimy, ze mozemy polecic jakas strone internetowa z ofertami polskimi, na co odpowiedz pada nastepujaca: "Nie, nie, w Polsce to mnie w ogole nie interesuje". Ok, mozna to zrozumiec. Ostatecznie jeszcze chwile podebatowalismy z Panem, ktory wyjasnial, ze chce pracowac w Niemczech, ale nie moglismy mu pomoc, no i poszlismy do pracy. Historia dziwna dosc, w koncu kto zaczepia obcych ludzi na dworcu, zeby pomogli mu znalezc prace w obcym kraju, przez internet, w 5 minut... Brzmialo to wszystko jakby naprawde myslal, ze prace w Niemczech znajdzie w tak krotkim czasie i za chwile kupi bilet na pociag i pojedzie gdzie mu kaza... Czy naprawde myslal, ze to takie proste? Czy naprawde nie mial nikogo innego, zeby nie musiec pytac obcych ludzi na dworcu? Czy tak bardzo byl zdesperowany? No i jak w koncu potoczyla sie ta histora dalej? Czy pytal innych, zeby mu pomogli, a moze znalazl cos i rzeczywiscie los popchnal go do pociagu za zachodnia granice? Bylo to juz jakies 3 tygodnie temu, ale czasem sobie przypominam o tym czlowieku i sie zastanawiam czy powinnam mu wspolczuc czy tez moze zazdroscic takiej hmmmm nieswiadomosci i nawet moze odwagi? I ilu jeszcze takich troszke zdezorientowanych ludzi? Coz, tu akurat mysle, ze sporo :) Na to zawsze mam moje ulubione zdanie, ze ludzie wciaz nie przestaja mnie zadziwiac/zaskakiwac/fascynowac (niepotrzebne skreslic) i to jest piekne...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
