środa, 27 lutego 2013

otwarcie supermaketu


Nadejszła wiekopomna chwila - jak mówił Kazimierz Pawlak w "Kochaj albo rzuć". Tak, tak, dziś właśnie nadeszła ta chwila, że otwarli długo oczekiwane, bo i z opóźnieniem oddane, największe dotąd w regionie, albo i w Polsce, centrum handlowe. "I poszliiiiiiiiiiiiiii... na początku wszyscy razeeeeem... po lewej jakby szybciej młodzież... Ale i emeryci nie wyglądają na wycieńczonych!..." Myślałam, że skecz autorstwa Ani Mru Mru to tylko dobry żart, albo nawet jeśli jest to prawdziwy to już nieaktualny w czasach, gdy markety wyrastają jak grzyby po deszczu i co chwilę jest gdzieś jakieś otwarcie. No jednak, człowiek jest omylny, bo przecież dziś nowo otwierane centrum handlowe było oblężone przez tłumy. No w porządku, ciekawość ludzka - w końcu normalne. Ale jak czytam w internetowym wydaniu gazety lokalnej: http://gliwice.gazeta.pl/gazetagliwice/1,95519,13469136,Chaos_podczas_otwarcia_Europy_Centralnej__ZDJECIA_.html
że ludzie czekali na otwarcie od 4 nad ranem, to żal mi ich. Najgorsze jednak jest coś innego - mianowicie to, że ta okazja przemiła uwolniła z niektórych ich zwierzęce instynkty walki o przetrwanie. Sklep Saturn przygotował na ten dzisiejszy dzień specjalne promocje, więc ludzie wybrali się na polowanie. Jednak przy takim tłumie ochrona postanowiła wpuszczać ludzi do środka grupami, aby uniknąć jeszcze większego chaosu. No tak, bardzo pięknie z ich strony, ale przecież dla tych, którzy weszli później nie starczy wszystkiego. "O godzinie 7.20 gruchnęła wiadomość, że na tablety już nie ma co liczyć. - To jest jakaś kpina. Szumnie zapowiadają otwarcie, a kładą na półki znikomą ilość towaru - mówił zniesmaczony pan Krzysztof, który liczył, że sprezentuje wnukowi tablet." czytamy dalej w artykule. Tak, tak, racja, absolutna kpina, granda, spisek... Biedni kierowcy, którzy wybrali tę trasę o niczym nie wiedząc a którzy musieli tkwić w korkach wywołanych przez rzeszę zainteresowanych konsumentów. No i jeszcze jedna przytoczona w internecie historia mnie rozbawiła - małżeństwo, (które NB przyjechało na otwarcie sklepu specjalnie z oddalonego o ponad 40 km innego miasta!) podchodzi do tego typu sytuacji zupełnie spokojnie, a to dlatego, że ma już spore doświadczenie uczestnictwa w tego typu igrzyskach, bo wcześniej było na otwarciu Silesii i Rudy Śląskiej Plaza (czy to takie nowe hobby jest teraz w modzie?)
Oczywiście, rozumiem ciekawość i chęć skorzystania z naprawdę dobrych okazji, ale mimo to nie rozumiem, czemu ludziom aż tak bardzo się chce czekać od godzin nocnych, a potem przebijać, rozpychać łokciami I znów czekać w kolejkach do kas. Ja jednak odczekam kilka tygodni nim się wybiorę tam na zakupy, bo nie lubię być zadeptywana przez szalejący tłum. Jest to jednak ciekawe zjawisko, jak ludzie, na codzień pewnie spokojni I opanowani, zmieniają swoje oblicze i przeistaczają się w polujące jastrzębie gotowe wydłubać innym oczy...

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Tak na przekór

Podobno dziś jest najgorszy dzień w roku. Wyliczyli to jacyś uczeni czy ktoś - sama nie wiem. Podobno to dzień, gdy ludzie uświadamiają sobie, że ich postanowienia noworoczne są daleko w tyle, bez rezultatów, aura na zewnątrz też nie nastraja dobrze, więc ogólna depresja ogarnia ludzkość. Nie byłam tego świadoma wcześniej, a jednak dość dziwny ten dzień.
Zaspałam. Budzik zadzwonił, tak, nie mogę na niego zwalić winy. Zadzwonił o 7.10, a ja musiałam go wyłaczyć zamiast ustawić drzemkę i wstać za 5 minut. No ale to już taka śpiocha natura, że rano nie zawsze kontaktuję co dokładnie się dzieje wokół. No ale budzę się, a na zegarku 8.26. Czyli za max 15 minut muszę wyjść z domu. No to luzik, jeszcze tylko zerkam przez okno czy muszę się spieszyć bo trzeba zeskrobywać szron z szyb samochodu, ale widzę, że szyby przezroczyste. No to spokojnie, myję zęby, myśłę co włożyć, make-up - ale tylko tuszem rzęsy, banana do torby na śniadanie, gotowa, wychodzę, 8.40. Ups, jak tu ślisko, ledwie wyszłam z domu, a już prawie wywrotka, ale stoję, spokojnie. O nie! Szyby może przezroczyste, ale całe z grubą warstwą lodu, w ogóle cały samochód pokryty jest warstwą lodu, no to trzeba jednak skrobać. Ogrzewanie szyb na maxa, a lód nie chce zejść, skubany, no nie, spóźnię się na pociąg. Wreszcie coś widać, mogę jechać, no pięknie - 8.52. Późno, ale spokojnie, bo na ulicach szklanka. No nic, jadę i jakoś tu zielone, tam zielone, może się uda, nie raczej się nie uda. W radiu już wiadomości o pełnej godzinie, a tu miejsc do parkowania nie ma, znajduję gdzieś na końcu, no dobra, to teraz biegiem. Pędzę, byle tylko się nie poślizgnąć, wbiegam na dworzec, 9.05, patrzę na tablicę i nie widzę, pociąg już musiał odjechać, nie ma go. A nie! Jednak jeszcze jest, dziś odjeżdża o 9.07, no to biegiem, po schodach, peron, pociąg jest! Zdążyłam! Ale zadyszka, nie dobrze mi, ale jestem w pociągu! Katowice, teraz pędem do pracy, mało czasu. Ślisko jak diabli na tych chodnikach, aaaa, ale by było, normalnie taniec na lodzie. Tylko spokojnie, i znów się udało nie wywrócić, a może to wszystko to znak, że nie powinnam iść do pracy? No dobra, dotarłam cało i zdążyłam.
W pracy jak w pracy, trochę zawirowań jak zwykle, ale nie jest źle. Tylko pod koniec dnia zaczyna boleć głowa, a tabletka nie chce pomóc. No to chyba jednak nie pójdę na jogę dziś, jeśli nie przestanie boleć. Może i dobrze, posiedzę z tatą, w końcu to jego urodziny dziś. 18.00 wychodzę z pracy, już nie jest tak ślisko jak rano, tylko jakiś korek tramwajowy. Jeden tramwaj stoi pusty, za nim kolejny i kolejny i w dali kolejka tramwajów. Ten pierwszy tramwaj chyba zepsuty. Jakiś taksówkarz postanowił chyba zawrócić, no ale tak zawrócił, że stanął w poprzek torów przed tym pierwszym pustym tramwajem. I stoi. No a nagle tramwaj zaczyna jechać, i jedzie, bez motorniczego, o nie, o nie, tramwaj jedzie na samochód! Bum! To drugi tramwaj popchnął ten pierwszy zepsuty, a taksówkarz nie zauważył, że ten jedzie na niego. Dobrze, że prędkość nie była duża, bo nic nikomu się nie stało, ale samochód na pewno uszkodzony. Od razu tłum ludzi z przystanku podbiega zobaczyć co się stało. No nic, idziemy na dworzec. A tu o pociągu ani słychu. Po chwili informacja z głośników, że będzie opóźniony 20 minut. No to czekamy. Wreszcie jest zapowiedź, że wjedzie, czekamy, no i jedzie, jedzie, wjeżdża na peron - ale czemu taki dziwny, stary, a gdzie nowoczesny pociąg Kolei Śląskich? No nic, wsiadamy i jedziemy do domku. Dzwoni D., on jedzie w przeciwną stronę, ale właściwie to już nie jedzie, bo stoją gdzieś w zadu..u i nie wiadomo co dalej. No my jedziemy, uff. A jednak nie do końca, tuż przed stacją Zabrze zatrzymujemy się i stoimy. Może tylko przepuszczamy jakiś pociąg, o ten co właśnie pojechał? Nie, jednak stoimy dalej. Ale już jestem głodna, a głowa dalej boli. No to może ten drugi pociąg przepuszczamy? Wreszcie, po 15 minutach, ruszamy, jedziemy, do domu, oby jak najprędzej do domu. I jesteśmy, 19.35. Teraz do autka, i do domku, zobaczyć się z tatą. Już dość późno. Ale autko znów w lodzie, ogrzewanie na maxa i skrobiemy, wreszcie coś widać, można jechać. A tu ślisko i nieodśnieżone, ale powolutku, powolutku, docieram do celu. Zamykam samochód, 19.50, tato właśnie wychodzi z domu. Czekaaaaaaaj! Czeka. Składam życzenia, wręczam prezent, ściskam, życzę jak najlepiej i przepraszam. Jeszcze rozmawiamy chwilę jak ten dziwny dzień minął, tato musi już iść. Zrobił obiadek, mmm :)

Dziwny dzień, dziwny, ale wcale nie taki zły. Albo przynajmniej nie dałam się tym wszystkim przeciwnościom. Bo wczoraj wieczorem postanowiłam sobie, że od dziś nie będę się denerwować. Nie dam się ponieść emocjom. Będę miła dla innych, nie będę wredna i złośliwa. Koniec z tym, bo już mnie to wykańcza! Więc nawet jak coś nie będzie po mojej myśli, to dam radę na spokojnie to rozegrać. Po ostatnich moich wybuchach złości, związanym z nimi wstydem, wyrzutami sumienia i stresami postanawiam to odmienić! Od dziś. Wiem, że to nie łatwe, ale dzisiejszy dzień pokonałam bez krzty złości powtarzając sobie, że cokolwiek by nie było to nie jest warte moich nerwów i złośliwości, i dałam radę i szłam z uśmiechem dalej. Także w tym teoretycznie najgorszym dniu w roku, gdy postanowienia się nie spełniają, ja robię postanowienie. I trzymam za siebie kciuki, i Wy, ktokolwiek to czyta, też trzymajcie! Musi się udać, tak na przekór... ;-)

niedziela, 20 stycznia 2013

Dziękuję Panu, Panie Stuhrze!

Pochłonęlam Pana książkę "Tak sobie myślę" niemalże jednym tchem! Dziękuję, to było wzruszające, ale i zabawne, mądre i inspirujące. Czytając tę książkę teraz cofnęłam się w czasie o ponad rok i mogłam z dystansem jeszcze raz spojrzeć na minione wydarzenia zeszłego roku, a to ciekawe doświadczenie. Tak trudno się z Panem nie zgodzić z Pana obserwacjami i komentarzami do tego co się działo - frustracje małostkowością, ludzką hipokryzją, jak trafnie Pan to ujął. Cieszyłam się z Panem radościami z oczekiwań na wnuczkę (śliczna), sukcesami Pana syna (niektórych rzeczy dowiedziałam się z tej książki, jako że nie czytam "Pudelków" itp.). A w tym wszystkim Pana walka z chorobą. Taki spokój z tej książki bije, to za pewne za sprawą pana żony Basi (jak Państwo muszą się kochać), ale też i wsparcia zwykłych ludzi (te listy od dzieci sprawiły, że aż zakręciła mi się łezka w oku). Pana wspomnienia i przytaczane anegdoty wywoływały uśmiech (musiałam dziwnie wyglądać śmiejąc się znad książki w pociągu). Podziwiam Pana już od lat, naprawdę uwielbiam to, co Pan robi. To druga Pana książka, którą miałam przyjemność czytać po "Chorobie sercowej". Obie nasuwają mi taką refleksję, że teraz już nie ma takich ludzi, albo naprawdę jest niewielu, z takim kręgosłupem moralnym, z taką kindesztubą, z takimi tradycjami wyniesionymi z domu, z taką niezłomnością, skromnością a jednocześnie i poczuciem własnej wartości, a także godnością. Przepięknie Pan pisze, Panie Jerzy (obym ja kiedyś pisała z taką lekkością). Dziękuję! I życzę Panu dużo zdrowia, a sobie możliwości oglądania Pana w jakiejś nowej roli, ale też liczę, że może Pan kiedyś się jeszcze podzieli swoimi przemyśleniami w kolejnej książeczce (po "Historie rodzinne" zamierzam już za chwilę sięgnąć).


się już więcej nie wymądrzam bo co ja tam wiem

Biedronka. Wsypuję sobie nerkowce na wagę do torebki. Do sprzedawczyni:
Ja: Po ile są te orzechy?
Sprzedawczyni: To nie są orzechy proszę pani! To są nerkowce!
Ja: tak, wiem. Po ile te orzechy nerkowca?
Sprzedawczyni: To są nerkowce

;-)

piątek, 18 stycznia 2013

Przeczytałam fascynującą książkę. Ayaan Hirsi Ali "Niewierna". Skończyłam cztać kilka dni temu a opowiedziane w niej wydarzenia wciąż odtwarzają się w mojej głowie niczym film na DVD. To autentyczna historia autobiograficzna o kobiecie, która urodziła się w Somalii, wychowywała się w krajach afrykańskich uciekając przed wojną, głodem, biedą, aby potem łudem szczęścia, może nawet cudem, wyjechać do Europy, wykształcić się i stać się obrońcą praw kobiet i toczyć za nie polityczną walkę. To historia afrykańskiej rzeczywistości, tylko dla twardych. Historia o muzułmańskiej wierze, utożsamianiiu się z nią, szukaniu sensu, negowaniu, stawianiu pytań. Historia kobiety zdeterminowanej, mimo tak wielu przeciwności. Historia muzułmańskiego wychowania, tak okrutnego momentami. Historia odnajdywania własnej tożsamości wśród bliskich, a także wśród zupełnie obcych. Historia walki o prawo do własnego zdania, własnych decyzji i wolności wyboru.
Przepomniał mi się "Kwiat pustyni" Walis Dirie. Jest coś w tych afrykańskich kobietach, które mają niezwykłą odwagę i determinację by walczyć o siebie, i o innych. Być może jest to coś co ja podziwiam szczególnie, bo mi brak aż takiej wiary i aż takiej w sobie siły. A im się udało, i to jak! I trudno się nie zgodzić z opisywanymi destrukcyjnymi siłami religii, gdy ktoś ślepo się nią kieruje. I trudno nie być zszokowanym aspektami islamu, o których nie słucha się na codzień. Sceny opisane w "Niewiernej" oddziaływują i dają do myślenia.
Tematyka wielokulturowości, asymilacji, poszukiwaniu własnej tożsamości jest mi bliska, pisałam na ten temat pracę magisterską, a o od podstawówki sięgam po takie historie w książkach, opartych na faktach. Przerażają, fascynują i inspirują...

środa, 12 grudnia 2012

...

Zwątpiłam dziś...
Przyjaciólka mojej mamy. Prosta kobieta, z sercem na dłoni, głębokiej wiary, jedna z tych osób, które zawsze pomogą innym choćby same nic nie miały... Najpierw zostawił ją mąż, sama wychowywała swojego syna. Potem mężczyzna, z którym się związała zmarł na serce, nie odratowali go. Potem, zaczęli chorować jej rodzice, którymi ona zawsze chętnie się opiekuje przemieżając kilometry kiedy tylko może. A dziś dowiedziałam się, że jej jedyny syn nie żyje... Popełnił samobójstwo i osierocił swojego synka i zostawił żonę... Zaniemówiłam. Zadzwoniła do mnie w jakiejś prozaicznej sprawie, żebym sobie odebrała paczkę świąteczną dla mamy z zakładu pracy (że też jeszcze pamiętała, żeby mi dać znać), spytałam kiedy do niej mogę wpaść na chwilkę i wtedy powiedziała, że nie wie, bo nie ma głowy ostatnio bo jej syn nie żyje... Co powiedzieć osobie, która straciła kogoś bliskiego? Że mi przykro? Że współczuję? Że gdyby czegoś potrzebowała to niech da znać? To tylko słowa, nie ukoją bólu jaki ten ktoś teraz ma w sercu, i żadne słowa nie pomogą, nawet te wypowiadane jak najbardziej szczerze... Co powinno się zrobić lub powiedzieć, żeby przynieść komuś ulgę?
Nie znam przyczyny. Ale odkąd się dowiedziałam nie umiem dojść do siebie. Co musi się stać, żeby człowiek szarpnął się na życie? Jak zdesperowanym trzeba być? Co jest aż tak silne, że odbiera chęć do życia? Co powoduje człowiekiem, aby osierocić swoje dziecko? Czy to brak wsparcia bliskich, gdy przeżywa się jakieś problemy? Czy też jakiś wewnętrzny obłęd? Mówi się, że samobójcy nigdy nie mówią o tym, że chcą to zrobić, więc czy ktoś mógłby się spodziewać?
To co się stało to straszna tragedia, niezależnie od tego, co konkretnie za tym stoi. Okropnie mi żal tego chyba 12 czy 13-letniego chłopca, który zostanie bez taty dużo za wcześnie... Ale też przeokropnie żal mi tej biednej kobiety. Przeszła w swoim życiu już tak wiele, dawała z siebie wiele, żadko myśląc o sobie, zawsze o innych. I kolejny cios. Straciła swoje jedyne dziecko - mogę sobie tylko wyobrazić, ale to dla matki szczególna tragedia...
No i jak to jest? Gdzie jest sprawiedliwość na tym świecie? Jak ten dobry miłosierny Bóg może się godzić na to, by ojciec był aż tak zdesperowany, abo osierocić swojego syna. Jak może się godzić na codzienne tragedie, które się dzieją? Każe nam się modlić, ufać i podążać za nim, a pozwala by takie osoby, które się modlą, ufają i podążają cierpiały? Podczas gdy ci, którzy mają zasady moralności głęboko gdzieś odnoszą sukcesy, są bezkarni i mają się świetnie? Jak to jest? Czy potrzebna jest taka próba? Czy wciąż mamy tylko błagać i przepraszać i godzić się na niesprawiedliwy los? Przecież gdy jakiś człowiek zachowuje się wobec innych w taki sposób, że wymusza na nich ciągłe kajanie się, błaganie, przepraszanie i usługiwanie, to nie uważamy go za dobrego boga, tylko za tyrana bez serca ... Nie pojmuję, nie rozumiem już...


piątek, 23 listopada 2012

Nikt mnie nie widzi, nikt mnie nie słyszy...

Kiedy komuś wydaje się, że nikt go nie widzi, to może sobie pozwolić na zachowanie dalekie dworskiej etykiecie. Jakże niestety złudne jest to "wydaje się", i przez niestety mam na myśli, nie dla osoby popełniającej jakieś drobne "wykroczenie" dobrych manier, lecz dla tego, kto przez przypadek znalazł się w złym miejscu i miał "przyjemność" to oglądać.
Dwie historie. Obie dość obleśne.
Pierwsza. Siedzę sobie rano w pociągu, czekam aż ten odjedzie i zawiezie mnie do pracy, jednak pociąg na coś czeka i ma coraz większe opóźnienie. Pociąg znajduje się na peronie drugim i jest pełen ludzi (za chwile będzie to miało znaczenie). Na peronie pierwszym pustki, mój pociąg jest chyba jedyny w tej chwili na stacji. I gdy tak mój pociąg wciąż nie chce odjechać ze stacji, wyglądam sobie prze okno, patrzę na budynek dworca. No i zjawia się bohater. Idzie sobie taki jeden z jakimiś tobołami wzdłuż budynku dworca, gdzie nie ma żadnego peronu, jest tylko wąskie służbowe przejście. Idzie, idzie, zostawia siaty rozgląda się w prawo, w lewo, jeszcze raz. Teren czysty, sprawdził przecież, że nikogo nie ma, to znaczy tak mu się wydaje... No i co się dzieje? Człowiek ów ściąga spodnie, ściąga kalesonki, kuca i robi co natura mu podpowiada, że powinien zrobić po śniadaniu. Po czym, podnosi się, podciąga kalesonki, zapina spodnie, zabiera swoje siatki i udaje się w dalszą drogę. Widzę to wszystko z okna pociągu, tak jak pewnie nie jeden z licznych pasażerów. I choć to co przed chwilą się wydarzyło było dość obrzydliwe, nie mogłam przestać patrzeć bo moje oczy chyba nie chciały wierzyć, że to naprawdę się działo.
Druga. Praca, biuro, open space. Siedzę wraz z dziewięcioma innymi osobami przy podłużnej "wyspie" biurek z naszymi komputerami. Starszy kolego z mojego teamu, bohater drugiej historii, siedzi po ukosie po mojej lewej stronie i choćbym nie wiem co robiła to widzę go kątem oka. On jednak czuje się chyba zasłonięty monitorami komputerów i wydaje mu się, że nikt go nie widzi kiedy sobie tak siedzi i pracuje. Pech chce, że ciągle zapominam, żeby przynieść jakiegoś sporego kwiatka, żeby postawić na skrzyżowaniu naszych biurek.  No ale właśnie. Pracuję sobie skoncentrowana na tym co robię, ale nagle kątem oka widzę coś, czego nigdy nie chciałam i nie powinnam zobaczyć i co bardzo mnie dekoncentruje. On sobie dłubie w nosie!!! Może i jest to tak niby "delikatnie, nie do końca", ale jednak. Aaaaaaa! Nie mogę się przecież odwrócić, ale może gdyby wiedział, że go widzę to by przestał, niech już przestanie! Delikatnie się odwracam, nie wiem czy wie, ale przynajmniej przestał. Niestety, nie dzieje się to tylko raz! Ta czynność powtarza się wielokrotnie, a ja mimo usilnych starań, żeby tego nie widzieć, nie umiem tego uniknąć! Koszmar. Teraz już zawsze widzę ten palec w nosie, jak go widzę.
No i tak sobie myślę, że to w gruncie rzeczy strasznie śmieszne. Każdy pewnie dopuszcza się różnych obrzydliwych czynności, w większości związanych z fizjologią, ale dobre wychowanie i kultura osobista zabraniają, aby to się działo przy innych. Często jednak potrzeba bierze górę, tak że nie kontrolujemy. Hmmm. I zapewne jest to też tak, że to tylko fizjologia staje się naszą zbrodnią kiedy nikt nie widzi i nikt nie słyszy. Myślę, że tak samo pozwalamy sobie na więcej, na odważniejsze zachowanie, brak skrępowania w relacjahc z innymi ludźmi, może obcymi, może nawet jakieś wyzudanie, większą szczerość, wulgaryzmy, może nawet chamstwo wobec innych... Ale skupiając się na tej nieszczęsnej fizjologii  - zachowania naturalne i nieuniknione, a jednak kultura osobista nakłada nam ramy co wolno a co nie, co wypada a co nie. Ktoś powie, że to nam odbiera swobodę i pewnego rodzaju wolność osobistą, jednak dziś, kiedy jestem przyzwyczajona do tego, że to już od lat tak działa, nie umiem sobie wyobrazić gdybyśmy nagle mieli te więzy odrzucić i wyzwolić się od kajdan kultury osobistej. Teraz gdy jesteśmy, najczęściej nie chcąc, świadkami czyjegoś faux pas, jesteśmy zdegustowani i trochę skrępowani. A gdyby tak nagle stało się to normą, że można do woli i bez skrępowania, nie zważając na to czy ktoś nas widzi lub słyszy, bekać, dłubać w nosie, obgryzać paznokcie, puszczac bąki i nie wiadomo co jeszcze... Świat byłby wtedy nie do zniesienia ;P