Jazda pociagiem jest wszystkim po trochu. Bywa meczaca, czasem nudna, wyczerpujaca, ale tez fascynujaca i odkrywcza. To taka skompresowana dawka wszystkiego: wyczekiwania, irytacji, szczescia, walki o swoje, poszukiwan, obserwacji, pomylek, wstydu, kontroli... szczypta wszystkiego...
Jak bylam mala to uwielbialam jezdzic pociagami. Jezdzilismy wtedy czesto nocnym pociagiem przez jakies 5 czy 6 godzin do moich wujkow, albo nad morze, to juz z 10 godzin. Zabieralam wtedy do swojej torebki ulubione misie, zeby mogly jechac ze mna w podroz, a wieksza czesc drogi podziwialam z okna w korytarzu, wychylona prze szybe i wystawiajaca twarz i dlonie na wiatr od pedzacego pociagu... Wtedy swiat pociagow i dworcow wydawal mi sie piekny i fascynujacy, pelen ciekawych miejsc, ludzi i nowych wrazen... Do tej milosci pociagowej dochodzil jeszcze taki szczegol, praktyczny dosc, jako, ze to byl jedyny srodek lokomocji, w ktorym nie cierpialam na chorobe lokomocyjna (i kazda podroz smierdzacym autokarem, a nawet rodzinnym samochodem byla dla mnie koszmarem).
W kazdym razie, ostatnio znow niejako musialam polubic podroze koleja, teraz juz wygodniejszymi pociagami i znacznie krotszymi trasami, jednak wciaz dostarczajacych ciekawych wrazen. Tym razem, bardziej zwiazanych z obserwacja roznych ludzkich zachowan, typow osobowosci, sposobow bycia i nieraz bardzo nietypowych sytuacji... a moze typowych? Przytocze ostania historie, ktora przydarzyla sie mi i moim znajomym na dworcu, kiedy to juz wysiedlismy z pociagu, i skierowalismy swoje kroki dworcowym korytarzem w strone pracy. Idziemy, rozmawiamy, a nagle podchodzi do nas obcy czlowiek i pyta czy nie mamy chwilki, zeby mu pomoc cos sprawdzic. Pytamy wiec o co chodzi, a ow mezczyzna odpowiada, ze chcialby, zebysmy mu pomogli, bo szuka pracy a obok jest kafejka internetowa, a on nie wie jak i gdzie szukac. Odpowiadamy wiec, ze idziemy do pracy, wiec na szukanie pracy nie bardzo mamy czas, na co Pan, ze to zajmie tylko 5 minut, a on chcialby znalezc prace w Niemczech. Juz troszke skonsternowani taka wypowiedzia, wyjasniamy, ze w 5 minut to chyba ciezko znalezc prace, tym bardziej w Niemczech, jednak chcac byc choc odrobine pomocni radzilimy, ze mozemy polecic jakas strone internetowa z ofertami polskimi, na co odpowiedz pada nastepujaca: "Nie, nie, w Polsce to mnie w ogole nie interesuje". Ok, mozna to zrozumiec. Ostatecznie jeszcze chwile podebatowalismy z Panem, ktory wyjasnial, ze chce pracowac w Niemczech, ale nie moglismy mu pomoc, no i poszlismy do pracy. Historia dziwna dosc, w koncu kto zaczepia obcych ludzi na dworcu, zeby pomogli mu znalezc prace w obcym kraju, przez internet, w 5 minut... Brzmialo to wszystko jakby naprawde myslal, ze prace w Niemczech znajdzie w tak krotkim czasie i za chwile kupi bilet na pociag i pojedzie gdzie mu kaza... Czy naprawde myslal, ze to takie proste? Czy naprawde nie mial nikogo innego, zeby nie musiec pytac obcych ludzi na dworcu? Czy tak bardzo byl zdesperowany? No i jak w koncu potoczyla sie ta histora dalej? Czy pytal innych, zeby mu pomogli, a moze znalazl cos i rzeczywiscie los popchnal go do pociagu za zachodnia granice? Bylo to juz jakies 3 tygodnie temu, ale czasem sobie przypominam o tym czlowieku i sie zastanawiam czy powinnam mu wspolczuc czy tez moze zazdroscic takiej hmmmm nieswiadomosci i nawet moze odwagi? I ilu jeszcze takich troszke zdezorientowanych ludzi? Coz, tu akurat mysle, ze sporo :) Na to zawsze mam moje ulubione zdanie, ze ludzie wciaz nie przestaja mnie zadziwiac/zaskakiwac/fascynowac (niepotrzebne skreslic) i to jest piekne...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz