poniedziałek, 21 stycznia 2013

Tak na przekór

Podobno dziś jest najgorszy dzień w roku. Wyliczyli to jacyś uczeni czy ktoś - sama nie wiem. Podobno to dzień, gdy ludzie uświadamiają sobie, że ich postanowienia noworoczne są daleko w tyle, bez rezultatów, aura na zewnątrz też nie nastraja dobrze, więc ogólna depresja ogarnia ludzkość. Nie byłam tego świadoma wcześniej, a jednak dość dziwny ten dzień.
Zaspałam. Budzik zadzwonił, tak, nie mogę na niego zwalić winy. Zadzwonił o 7.10, a ja musiałam go wyłaczyć zamiast ustawić drzemkę i wstać za 5 minut. No ale to już taka śpiocha natura, że rano nie zawsze kontaktuję co dokładnie się dzieje wokół. No ale budzę się, a na zegarku 8.26. Czyli za max 15 minut muszę wyjść z domu. No to luzik, jeszcze tylko zerkam przez okno czy muszę się spieszyć bo trzeba zeskrobywać szron z szyb samochodu, ale widzę, że szyby przezroczyste. No to spokojnie, myję zęby, myśłę co włożyć, make-up - ale tylko tuszem rzęsy, banana do torby na śniadanie, gotowa, wychodzę, 8.40. Ups, jak tu ślisko, ledwie wyszłam z domu, a już prawie wywrotka, ale stoję, spokojnie. O nie! Szyby może przezroczyste, ale całe z grubą warstwą lodu, w ogóle cały samochód pokryty jest warstwą lodu, no to trzeba jednak skrobać. Ogrzewanie szyb na maxa, a lód nie chce zejść, skubany, no nie, spóźnię się na pociąg. Wreszcie coś widać, mogę jechać, no pięknie - 8.52. Późno, ale spokojnie, bo na ulicach szklanka. No nic, jadę i jakoś tu zielone, tam zielone, może się uda, nie raczej się nie uda. W radiu już wiadomości o pełnej godzinie, a tu miejsc do parkowania nie ma, znajduję gdzieś na końcu, no dobra, to teraz biegiem. Pędzę, byle tylko się nie poślizgnąć, wbiegam na dworzec, 9.05, patrzę na tablicę i nie widzę, pociąg już musiał odjechać, nie ma go. A nie! Jednak jeszcze jest, dziś odjeżdża o 9.07, no to biegiem, po schodach, peron, pociąg jest! Zdążyłam! Ale zadyszka, nie dobrze mi, ale jestem w pociągu! Katowice, teraz pędem do pracy, mało czasu. Ślisko jak diabli na tych chodnikach, aaaa, ale by było, normalnie taniec na lodzie. Tylko spokojnie, i znów się udało nie wywrócić, a może to wszystko to znak, że nie powinnam iść do pracy? No dobra, dotarłam cało i zdążyłam.
W pracy jak w pracy, trochę zawirowań jak zwykle, ale nie jest źle. Tylko pod koniec dnia zaczyna boleć głowa, a tabletka nie chce pomóc. No to chyba jednak nie pójdę na jogę dziś, jeśli nie przestanie boleć. Może i dobrze, posiedzę z tatą, w końcu to jego urodziny dziś. 18.00 wychodzę z pracy, już nie jest tak ślisko jak rano, tylko jakiś korek tramwajowy. Jeden tramwaj stoi pusty, za nim kolejny i kolejny i w dali kolejka tramwajów. Ten pierwszy tramwaj chyba zepsuty. Jakiś taksówkarz postanowił chyba zawrócić, no ale tak zawrócił, że stanął w poprzek torów przed tym pierwszym pustym tramwajem. I stoi. No a nagle tramwaj zaczyna jechać, i jedzie, bez motorniczego, o nie, o nie, tramwaj jedzie na samochód! Bum! To drugi tramwaj popchnął ten pierwszy zepsuty, a taksówkarz nie zauważył, że ten jedzie na niego. Dobrze, że prędkość nie była duża, bo nic nikomu się nie stało, ale samochód na pewno uszkodzony. Od razu tłum ludzi z przystanku podbiega zobaczyć co się stało. No nic, idziemy na dworzec. A tu o pociągu ani słychu. Po chwili informacja z głośników, że będzie opóźniony 20 minut. No to czekamy. Wreszcie jest zapowiedź, że wjedzie, czekamy, no i jedzie, jedzie, wjeżdża na peron - ale czemu taki dziwny, stary, a gdzie nowoczesny pociąg Kolei Śląskich? No nic, wsiadamy i jedziemy do domku. Dzwoni D., on jedzie w przeciwną stronę, ale właściwie to już nie jedzie, bo stoją gdzieś w zadu..u i nie wiadomo co dalej. No my jedziemy, uff. A jednak nie do końca, tuż przed stacją Zabrze zatrzymujemy się i stoimy. Może tylko przepuszczamy jakiś pociąg, o ten co właśnie pojechał? Nie, jednak stoimy dalej. Ale już jestem głodna, a głowa dalej boli. No to może ten drugi pociąg przepuszczamy? Wreszcie, po 15 minutach, ruszamy, jedziemy, do domu, oby jak najprędzej do domu. I jesteśmy, 19.35. Teraz do autka, i do domku, zobaczyć się z tatą. Już dość późno. Ale autko znów w lodzie, ogrzewanie na maxa i skrobiemy, wreszcie coś widać, można jechać. A tu ślisko i nieodśnieżone, ale powolutku, powolutku, docieram do celu. Zamykam samochód, 19.50, tato właśnie wychodzi z domu. Czekaaaaaaaj! Czeka. Składam życzenia, wręczam prezent, ściskam, życzę jak najlepiej i przepraszam. Jeszcze rozmawiamy chwilę jak ten dziwny dzień minął, tato musi już iść. Zrobił obiadek, mmm :)

Dziwny dzień, dziwny, ale wcale nie taki zły. Albo przynajmniej nie dałam się tym wszystkim przeciwnościom. Bo wczoraj wieczorem postanowiłam sobie, że od dziś nie będę się denerwować. Nie dam się ponieść emocjom. Będę miła dla innych, nie będę wredna i złośliwa. Koniec z tym, bo już mnie to wykańcza! Więc nawet jak coś nie będzie po mojej myśli, to dam radę na spokojnie to rozegrać. Po ostatnich moich wybuchach złości, związanym z nimi wstydem, wyrzutami sumienia i stresami postanawiam to odmienić! Od dziś. Wiem, że to nie łatwe, ale dzisiejszy dzień pokonałam bez krzty złości powtarzając sobie, że cokolwiek by nie było to nie jest warte moich nerwów i złośliwości, i dałam radę i szłam z uśmiechem dalej. Także w tym teoretycznie najgorszym dniu w roku, gdy postanowienia się nie spełniają, ja robię postanowienie. I trzymam za siebie kciuki, i Wy, ktokolwiek to czyta, też trzymajcie! Musi się udać, tak na przekór... ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz